Łódź – po wojnie przez chwilę stolica

Czy ktoś zna Łódź? Czy ktoś ją zwiedzał?

Jeśli na te dwa pytania nasuwa się Szanownemu Czytelnikowi jedna i ta sama krótka odpowiedź – „nie”, to niech sobie Wyżej Wzmiankowany poczeka do ciepłych dni i pojedzie do Łodzi na wyprawę. I żadne tam wstawanie przed południem, bo niby Piotrkowska krótka (4 km) a Manufaktura to zwykła galeria handlowa. Nie, nie da się się wszystkiego oblecieć w parę godzinek z posiedzeniem w kawiarni włącznie. Nie, kategoryczne nie.

Trzeba wstać rano, dojechać tym czy owym do dworca Łódź Kaliska i udać się w kierunku Piotrkowskiej. Trzeba do niej dotrzeć. Można to robić różnie: idąc prosto lub zygzakiem, patrząc tylko na lewą stronę lub na obie, wchodząc do podwórek i otwartych klatek schodowych albo też walić szybko jak na czas na główną historyczną arterię miasta. Jak kto woli, według uznania, choć ostatniej metody nie polecam. Czemu? Bo można przegapić wiele wspaniałości. Architektonicznych wspaniałości. Artystycznych. A i w szlachetnym porywie serca warto poronić łezkę nad zniszczoną materią miasta.

W ogóle taka Łódź to całkiem porządne miasto. Duże. Jest tam zameldowanych ponad 700 tys. osób, co daje nam w rankingu pojedynczych miast zaszczytne medalowe trzecie miejsce. W Polsce. Gdyby zaś zastanowić się nad tym, w jakim tempie się rozrosło, to ja nie wiem, na którym miejscu w Europie by było, a nawet i na świecie. Na pewno na jakimś bardzo wysokim. Ale o tym za chwilę, bo na początku należy się legenda. Otóż i ona:

Dawno, dawno temu, a może nawet bardzo dawno temu młodzieniec o imieniu Janusz wyruszył z rodzinnego domu. Czy mu tam było źle, czy po prostu nudno tego nie wiem, ale wiem, że wziął swoją łódź i wypłynął nią na rzekę. Rzeka kręciła raz w lewo, raz w prawo, potem wpadła w gęstą puszczę, gdzie spotkała się z inną rzeką. Tej Janusz nie znał. Pchnięty ciekawością wpłynął w nią i z czasem zauważył, że staje się coraz to węższa i płytsza, aż w końcu była tylko wartkim strumieniem. Przepływała przez podmokły, pofałdowany teren, coraz bardziej dający się Januszowi we znaki. Trzeba było nie tyle płynąć, co przepychać łódź w dół lub w górę, w zależności gdzie kierował strumień. Janusz nawet miał na to siłę, ale święty obraz, prezent od kochającej matki nie. Widocznie za bardzo poobijał się w łódce i zdecydował, że za żadne skarby stąd się nie ruszy. A jak to ze świętymi obrazami bywa, jak się uprze, że zostaje to zostanie. Choćby go stu końmi ciągnięto. Cóż mógł Janusz zrobić, jak obraz ani drgnął, a wraz z nim i łódź? Wyjść na ląd, znaleźć dobre miejsce na nocleg dla obrazu i dla siebie, zrobić sobie wieczerzę i iść spać. Stwierdził, że rano popertraktuje z obrazem, bo puszcza gęsta jak smoła, co to ją w zamku do lania na wrogów używają, ludzi nie słychać i nie widać, samotnie. Zasnął. Rano obudziły go ptaszki, świergoczące tuż nad głową bardzo piękną melodię. Pszczoły łobuzersko latały mu koło ucha, a ryby to już na bezczelnego skakały w strumieniu tuż przy brzegu. Śniadanie zapowiadało się wspaniale. Mało zapowiadało, ono takie było. Wyspany, najedzony i zadowolony Janusz podszedł do obrazu. Obraz popatrzył na niego wymownie, jednak dla chłopaka było to zbyt subtelne przesłanie i nie zrozumiawszy ani ciutki złapał za obraz, by go zabrać z powrotem do łodzi. Ale nie dał rady. Obraz stał się ciężki, jak pół zamku, a może nawet i cały. Janusz zaczął go prosić, błagać, namawiać, ale gdzie tam. Gadał dziad do obrazu… Cóż było robić? Nic, zbudować sobie domek i czekać, aż obrazowi przejdzie. Wyciągnął więc łódź, postawił na pniach tworząc w ten sposób schronienie i czekał. Czekał, czekał, ale się nie doczekał. Szkoda mu było czasu, bo był raczej aktywnym chłopakiem i poszedł na długi spacer. Bardzo udany spacer, bardzo. Dotarł do wioski, gdzie mieszkali niespotykanie mili ludzie, a na dokładkę wśród nich były przemiłe i przepiękne dziewczyny. Do wzięcia! Więc jedną sobie wziął za żonę. Ale dziewczyna, choćby i najpiękniejsza i najmilsza, nie będzie chciała mieszkać pod małą łódeczką, Janusz musiał więc zbudować prawdziwy dom, a że żona poprosiła o zbudowanie kapliczki dla obrazu, to i kapliczkę zbudował. Kapliczka ta stała się z czasem miejscem, do którego przychodziły wszystkie dzieci Janusza, a potem ich dzieci, i dzieci ich dzieci by poznać historię swojego rodu. Każde z nich słyszało o wyprawie łodzią i dlatego, gdy pytano je skąd są odpowiadały, że są z łodzi, bo od niej bierze się ich początek. Z czasem kolejne już pokolenia nazwały po prostu swą osadę Łodzią.

I tu się legenda kończy.

A kiedy akcja się rozgrywała? No, jakoś naprawdę bardzo dawno temu, bo już w 1332 r. to książę Włodko Garbaty przekazał istniejącą wieś biskupom. Biedny był ten Włodko: jak był mały umarł mu tata, dzieci nie miał (przynajmniej oficjalnie) a w dodatku wołali na niego Garbacz. Rety. Na pociechę została mu świadomość, że stryja, też Władysława, Łokietkiem wołają. Zawsze to w kupie raźniej.

Ale nie ma co się rozczulać, bo musimy szybko przeskoczyć do wieku 19, a tego nie da się zrobić bez sekundy zatrzymania w wieku 15. Wtedy bowiem, w 1423 r. Władysław Jagiełło nadał Łodzi prawa miejskie. Hura, gratulujemy i lecimy dalej. Wiek 19, Szanowni Państwo, wysiadka.

Jesteśmy w 1820 r. Rajmund Hiacynt (!) Rembieliński poszukuje miejsc, gdzie można by rozwijać przemysł i znajduje Łódź. Cudowne miejsce – nieprzebyte lasy, mnóstwo (czyli 18) rzeczek i strumieni, które płynąc wśród spiętrzeń terenu zapewniały darmową energię do napędzania maszyn i na koniec uporządkowane prawa własności gruntu. Żyć nie umierać. Dobra, bez przesady, jeszcze potrzebni specjaliści, którzy rozwiną przemysł. Jak raz nadarzyła się okazja, bo w Czechach, Saksonii i Prusach przemysł włókienniczy przechodził ciężkie chwile. Byli więc znający się na rzeczy rzemieślnicy, wystarczyło dać im ziemię, drewno, tanią energię i zwolnić na chwilę z podatku. I hulaj dusza! Rynek rosyjski zbudował nie tylko fortunę Wokulskiego, ale i całej Łodzi. Po 20 latach od założenia nowej Łodzi z małego miasteczka powstało drugie co do wielkości miasto w Królestwie Polskim i mieszkało tu 13 tys. mieszkańców. W 1885 r. było już ich 100 tys, a przed 1939 r. 672 tysiące. Nieźle, co? Mniej więcej 8 tys. osób rocznie przybywało do Łodzi poszukując pracy lub sposobu na pomnożenie fortuny. To dopiero był magnes, niezwykle silny. Przyciągał ludzi z różnych miejsc, różnej narodowości i wiary, tak że w szczycie swego rozwoju było to miasto niemiecko-żydowsko-polsko-rosyjskie. Przynajmniej pod względem głównych języków używanych przez jego mieszkańców.

Powstały kompleksy fabryczno-mieszkalne, gdzie wszystko, co było potrzebne do życia właścicieli i pracowników znajdowało się w obrębie posiadłości. Straszne. Wyobraź sobie Czytelniku: pracujesz po 12-16 godzin dziennie, wychodzisz z fabryki i nawet nie zmieniasz otoczenia, bo twoje mieszkanie jest tuż obok. Albo, jesteś właścicielem zakładu włókienniczego, bogatym jak Krezus i co? Też mieszkasz na terenie fabryki a w twoim pałacu jest giełda, biura, salon wystawowy. Niby pańskie oko konia tuczy, ale bez przesady. W każdym razie, spacerując po Łodzi i szczerze podziwiając sposób, w jaki zagospodarowano dawne zabudowania fabryczne nie umiałam się pozbyć lekko przygnębiającego wrażenia, że kiedyś nie były to miłe miejsca. Jakby ciągle w tych murach trwało zmęczenie i beznadzieja dawnych włókniarzy. Dobrze, że teraz są tam muzea, galerie, super sklepy, restauracje i inne tym podobne działalności. Teraz napełniają one te same mury zupełnie innymi emocjami.

A ile jest w Łodzi pięknych kamienic, zniszczonych okrutnie, ale pięknych. Jako warszawianka co chwilę myślałam sobie: co to by było, gdyby…

No, nie ma co myśleć, tylko poczekać do zdecydowanej wiosny, wstać rano i znowu pojechać do Łodzi. Bo Piotrkowska na ciepło na pewno jest inna niż na zimno. Wspanialsza.