Maria, Marysia, Marysieńka

Maria Kazimiera po mężu Sobieska. Czy ktoś o niej zrobił film? Nie wiem. Nie wiem, bo film to nie moja specjalność, ale myślę, że świetny serialik by powstał na osnowie jej biografii. Albo nie, nie żadne tam based on, ale porządny dokument fabularyzowany. Z aktorką, która potrafi grać. Królowej to się naprawdę należy, a materiału by się znalazło wystarczająco, nawet tego na klasyfikację „po dwudziestej pierwszej”.

Ileż to by było łez, przemyśleń nad rodziną, stosunkami przyjacielskimi i biznesowymi, o polityce już nie wspominając. Emocje przepływały by przez oglądającą publiczność jak morska fala zalewająca plażę. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem, radość, smutek, pociecha, rozgoryczenie, w górę i w dół i obertas na dokładkę.

Gdybym ja była scenarzystą, to zaczęłabym od przyjazdu małej Marysi do Polski. Mała, cztery lata a już w orszaku królowej. „Zgroza! Jak tak można dzieciaczka wysłać?” krzyczy oburzona publika. Jak widać, można, żadne tam fiku-miku cały dzień w piaskownicy, noblesse oblige.  Nic, pewnym czasie Marysia wraca do Francji by się uczyć i potem kamera pokazuje, jak piękna, młoda dziewczyna przyjeżdża ponownie na dwór królowej Polski. Ach, ileż w niej wdzięku… Jan Morsztyn napisał, że śliczna, wdzięku pełna, a jak tańczy… No ta to zrobi karierę, znaczy, ona to dopiero będzie miała bogatego męża. Dobrze, teraz nie rozwodzimy się nad jej urodą, oszczędzamy łzy i emocje, bo oto, wielkimi krokami, nadchodzi pierwsze małżeństwo z pijakiem, utracjuszem, właścicielem malutkiego haremu oraz choroby zwanej syfilisem, Janem Zamoyskim. Słabo to wygląda, bardzo nawet byśmy powiedzieli. Do tego zagrożone ciąże, poronienia, rozpad małżeństwa. Biedna dziewczyna. Chusteczki ekologiczne w użyciu, proszę publiczności.

Ale jak po burzy nadchodzi cisza, tak po pewnym czasie nadchodzi rozwiązanie problemu, czyli Jan nr 1 umiera. Dobrze, że Maria miała już wcześniej wsparcie w Janie nr 2, ale proszę tu nie świntuszyć, absolutnie. Kto serial obejrzy ten będzie wiedział, co i jak było, w każdym razie, po awanturach z Zamoyskimi nadchodzi małżeństwo z Janem III ( wyżej występującym pod imieniem Jan nr 2). Tych spraw miłosnych nie ma co chwilowo rozwijać, w każdym razie, jeśli ktoś czytał wszystkie lektury szkolne, to wie, czemu trzeba by ten serial rozpoczynać o godz. 21. Kiedyś dzieci szły spać o 20… No, wracamy do scenariusza. Teraz spełnienie w miłości, rodzinie, zaszczyty, ale i problemy. Walka polityczna to walka. Trzeba z tego zdawać sobie sprawę, wybrać odpowiednią broń i walczyć. Tu szczerze jej współczujemy słysząc czytane na ekranie pamflety, pełne pomówień, oszczerstw i złośliwości. Oraz prawdy, że się starzeje. Smutne, prawdziwe, ale cholernie nieeleganckie. Sami lustra nie mają? Po taką broń sięgnęli!

Choćbyśmy nie wiem jak bohaterkę lubili, to jednak serial zbliża się ku końcowi. Jan III umiera, Maria decyduje się wyjazd za granicę i tam prowadzi WSPANIAŁY TEATR OPEROWY. Cały Rzym przyznawał, że najlepszy w Mieście. I kurcze blade, coś tu się nam słodko i nudno robi. Ach, nagle pojawia się odwieczny problem: skąd wziąć na to wszystko pieniądze? Znamy ten problem, znamy, choć może nie w tej skali, ale bardzo współczujemy Marii. Nic prócz współczucia więcej jej ofiarować nie możemy. Choćbyśmy sobie głowy łamali, nie ma pieniędzy i tyle.  Nie da rady, wyjeżdżamy z nią do Francji i jesteśmy przy jej śmierci. Jak? To można? Widowisko sobie zrobiono czy też cichcem wsunęliśmy się za kamerzystą do sypialni?

Otóż siedzimy sobie w pokoju z królową, grzecznie, jak na jej dworzan przystało, rozmawiamy, plotkujemy i nagle ktoś mówi „o, królowa usnęła”. Wszyscy ściszamy głos, ale siedzimy i robimy swoje dalej. A bo to raz przysnęło się komuś w fotelu? Medyk, coś lekko nerwowy podchodzi do fotela i odkrywa, że królowa nie żyje. Szybko, szybko, przenosimy Marię na łóżko i w ciszy czekamy z nadzieją, czy aby nie odetchnie. Nie, nie oddycha. Kapelan rozpoczyna modlitwy. Koniec