Mimo wszystko Święto Niepodległości

Dzisiejsze święto jest świętem wyjątkowym, szczególnie gdy mieszka się w Warszawie. Mówi ono niezwykle wiele o nas Polakach i świetnie pokazuje zmiany socjologiczne zachodzące w naszym kraju. Ja wczoraj, poniekąd zmuszona przez pewnego rowerzystę, na własne potrzeby przeprowadziłam wstępne badania, po czym dziś utwierdziłam się w mych spostrzeżeniach. A czym on mnie „zmusił”?

Otóż stałam sobie jak gdyby nigdy nic naprzeciw Arkadii prawie nikomu nie przeszkadzając, no, najwyżej stanowiąc delikatne zagrożenie dla ruchu kołowego i robiłam zdjęcie Masztowi Wolności, gdy nagle jakiś rowerzysta krzyknął w moją stronę coś jakby „to jest maszt baranów”. Może źle zrozumiałam, pomyślałam najpierw, ale obawiam się, że raczej dobrze.  Lekko mnie to zdenerwowało, ale ponieważ stałam prawie na ulicy, no i facet szybko odjechał zadowolony, że uświadomił głupią babę to baba nie miała szansy mu odpowiedzieć. Po dwóch sekundach trafił mnie lekki szlag. Nie trzeba być orłem inteligencji, żeby będąc warszawianinem skojarzyć Rondo „Radosława” (przepraszam, wolę tę wersję) z Powstaniem Warszawskim. A nie będąc warszawianinem słysząc o odsłonięciu Masztu Wolności 10-go listopada spokojnie skojarzy się tę datę z odzyskaniem po 123 latach niepodległości. To po co mi ktoś psuje nastrój patriotyczny swoimi przekonaniami politycznymi? I w ogóle, jakim prawem? W ramach uspokajania zagłębiłam się w otchłanie mojej pamięci, dziurawej, nie najlepszej i przypomniałam sobie, że zawsze trudno było nam świętować niepodległość. No bo tak cofnijmy się do czasów PRLu i postarajmy się wziąć udział w obchodach Święta 11 Listopada – okaże się, że gdzieś tam w umyśle mamy świadomość, że odzyskaliśmy niepodległość w 1918 r., ale znowu jej w pełni nie mamy. Można o niej myśleć, ale ostrożnie, bo zbytnie zastanawianie się może doprowadzić do czegoś niebezpiecznego. Jak to powiedział generał: są granice, których przekraczać nie wolno. W granicach jakoś nie wychodziło, bo trudno było chwalić dawnych bohaterów, którzy po kilkudziesięciu latach oficjalnie nimi nie byli. Granice jednak zostały przekroczone, świat się pozmieniał i można było świętować. Ale jakoś wychodziło to nam na smutno. A przecież dusza do radości dąży, z tym kojarzy się świętowanie. Na szczęście znowu nastąpiły zmiany w społeczeństwie i teraz w dalszym ciągu pamiętając o tych, co ginęli za wolność, o tych co tworzyli od podstaw nową Polskę, cieszymy się z wolności i wyrażamy to na nowe, inne sposoby. Biegi, spacery, inscenizacje, robienie kotylionów, zabawy dla dzieci, koncerty, marsze… I zaczęło się… Nie da rady spokojnie pomanifestować, przynajmniej w Warszawie, bo będzie bijatyka jak amen w pacierzu. Niesamowite, jak bardzo niektórzy ludzie chcą zepsuć to święto. Ja nie wiem, czy oni tylko za chuligaństwo powinni być karani. Nie ma tam czegoś w naszym kodeksie o działaniu antypaństwowym?

W zasadzie można by przestać świętować, ale wtedy oni wygrają. Co gorsza przegrają wtedy ci, którzy ginęli bez względu na to czy chcieli walczyć, czy nie chcieli, ale wcielono ich do wojska i nie mieli wyjścia. Nie chciałabym umierać na wojnie i wydaje mi się, że nikt nie chce. Tym bardziej doceniam tych, którzy walczyli. I skoro oni by się cieszyli, a nie wszyscy z nich mieli po wojnie taką szansę, to ja też i za nich się cieszę. I nie dam się denerwować ludziom, którzy nie widzą niczego dobrego w Maszcie Wolności ani nie doceniają tego, że dwie osoby go ufundowały, by przypominał nam o Pierwszej Wojnie Światowej, która choć niesamowicie tragiczna to przyniosła nam wolność. I o Powstaniu Warszawskim, hekatombie złożonej przez Polaków w czasie Drugiej Wojny Światowej. Może Maszt nie jest najpiękniejszy, może nie najśliczniejszy, ale przy odrobinie dobrej woli może dobrze nam wszystkim służyć.