Na Mariensztacie

W cokolwiek słabym nastroju przemierzałam dziś w południe Powiśle. Pogoda do towarzystwa też była słaba. Szłyśmy więc dwie nieszczególne i nie mogłyśmy się przełamać, aż tu nagle zobaczyłyśmy balkon.

Na pierwszy rzut oka biedny, zapuszczony, ale na drugi piękny, tajemniczy i pełen życia. Pod lepszym już humorkiem uznałyśmy z pogodą, że bezsprzecznie da się w nim dojrzeć dyskretny wdzięk z przeszłości. Tylko trzeba spojrzeć. Okna mogłyby wiele opowiedzieć, bo widziały niejedną historię dziejącą się z tej czy z drugiej strony.
Choć całość może sprawia przygnębiające wrażenie, to jednak jest coś, co mówi, że życie tu trwa i spokojnie toczy się dalej. To mech, który małymi zielonymi plamkami porasta sobie balkon. Niczym się nie przejmuje, tylko sobie rośnie. Sąsiednie okna też mają swoje bardzo ważne sprawy. Wiszą w nich firanki, zasłonki, rosną kwiaty w doniczkach. Łączący wszystkich tynk od czasu do czasu spada radośnie ze ściany dając pracę murarzowi. Ten uzupełnia co może, nie dotykając farby, dzięki czemu mamy żywy obraz stworzony w skali szarości.