Pasjami

Są takie miejsca w Warszawie, gdzie mogłabym siedzieć godzinami i pasjami gapić się na jedno coś. Na jedno i to samo. 
Choć właściwie to to jedno wcale nie jest ciągle takie samo, wręcz przeciwnie, zmienia się co chwilę jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Tą bezkarnie rozbrykaną, pędzącą i wszystkomogącą różdżką jest światło. Przeważnie słoneczne, pulsujące jaśniutkimi promieniami, od czasu do czasu dla równowagi chowające się za chmury, by zaraz znowu wyskoczyć w oślepiającym rozbłysku i zmienić to i owo w naszym postrzeganiu. Czasem jest to światło elektryczne niby spokojne, słabe, ograniczone w ruchach, nadające za to atmosferze nutkę romantyzm, zamyślenia albo i wielkomiejskiego sznytu. Potrafi też na poczekaniu zaaranżować teatrzyk grozy, gdy godzina duchów już blisko, a ktoś wlezie w jego pole rażenia i staje się mimowolnym aktorem-cieniem.
Generalnie światło albo maluje, albo rzeźbi. Przynajmniej ja tak sobie myślę. Na tym budynku światło maluje jak jakiś nawiedzony malarz. Owszem, i porzeźbi, całkiem-całkiem, ale nawet tło za rzeźbą chlapnie farbą. 
A ja stoję jak kołek, wypatruję oczy, jak jakiś badacz malarstwa miniaturowego, i zastanawiam się, ile tu jest planów, ile historii mówiących o czymśtam i kimśtam. 
No dobra, chodzę, bo strasznie wielka jest ta miniatura.