Sanktuarium Matki Bożej Dobrej Śmierci

Pierwszy maja ma coś takiego w sobie, że człowiek ma ochotę spędzić go aktywnie. Wzięłam więc swój rower srebrzystą strzałą zwany i ruszyłam w świat. Rower najpierw pędził z górki, potem jechał po płaskim, zatrzymał się łaskawie na odpoczynek i nagle zauważyłam, że zaczyna zmierzchać. No cóż, pomyślałam, czas wracać do domu. Dosiadłam strzały i radośnie zamachałam pedałami, gdy tu nagle – pac, pac – krople deszczu zaczęły mi na głowie marsz pierwszomajowy wygrywać. No nie…choć może raczej no tak, oczywiście, bo jak jest u nas święto to znaczy, że będzie deszcz, jak amen w pacierzu. I to jak ja na rower pierwszy raz w tym roku wsiadłam… Cóż, trzeba przeczekać, tylko gdzie? Może schowam się w kościele, o ile będzie otwarty? Sprawdziłam najbliższy, był otwarty. Przypięłam srebrzystą strzałę pod rozłożystym drzewem i weszłam do Sanktuarium Matki Bożej Dobrej Śmierci.

Gdzie? – może zapytać ktoś zadziwiony. – To mamy coś takiego? W Warszawie?

Owszem, mamy. Nie jest to nowo wybudowany kościół, bo pewnie czytelnik zorientował się, że jesteśmy na Krakowskim Przedmieściu. Kościół jest stary i oficjalnie nazywa się Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i świętego Józefa Oblubieńca. Ale nikt na codzień nie używa tej nazwy i wszyscy w Warszawie używamy skrótu „seminaryjny”. I bardzo dobrze, bo jest przy nim nasze warszawskie seminarium.

Lekko zmoczona i zadumana, że patron dzisiejszego dnia, czyli św. Józef robotnik zaprosił mnie deszczem do siebie do domu podeszłam pod ikonę Matki Bożej Dobrej Śmierci. Trudno do niej nie podejść. Wabi ciepłem, złotem. Co prawda musiałam obejść pół kościoła, bo w środkowej nawie stoi rusztowanie, to jednak tylko pozwoliło mi na przypomnienie sobie, co to jest ikona.

A ikona jest oknem pozwalającym zajrzeć patrzącemu w świat Boga. Jest też sposobem, by zauważyć przebóstwiony świat ludzki. Chociaż Boga nie da się opisać, nie da narysować, to przez ikonę możemy się do Niego zbliżyć. Szczególnie, gdy jest na niej wyobrażenie Jezusa, Obrazu Boga. Gdy ikona przedstawia świętych to są oni pokazani jako pełni Boga, właśnie przebóstwieni, oderwani od doczesności, realności. Bardzo często starsze ikony pokryte są złotem. Patrzący na nie kiwają głowami i myślą – Ależ piękna, ale i chyba równie droga. Zamawiający zapewne chciał pokazać, kim to on nie jest. Niekoniecznie. Złoto na ikonie jest zapowiedzią złotego czasu, Rajskiego czasu. Jest blaskiem Chwały Boga i zasłoną skrywającą przyszłość. Dopiero po śmierci zobaczymy, jak TAM jest.

Zawsze wydaje mi się, że Maryja uważnie patrzy na zbliżającą się osobę. Choć może się mylę? Może raczej jest zamyślona i w tym przenikającym czas zamyśleniu przytula trzymanego na ręku Jezusa a drugą wskazuje na Niego? Na tego, który jest jedyną Drogą i jej celem? Chyba raczej tak to jest. Maryja wskazuje na Syna trzymającego księgę życia, w której są zapisani wszyscy zbawieni. Tak mówi Apokalipsa. Mam nadzieję, że są tam wszyscy ludzie wpisani i razem zobaczymy, co skrywa się za złotem. Jednak siedząc tak wczoraj przed ikoną pomyślałam, że ja bardzo boję się samego przejścia przez granicę dwóch światów. Jakoś, tego, co by nie mówić, cykam się. Chciałabym zobaczyć, chciałabym tam mieszkać, być, ale… Dlatego świetnie, że św. Józef mnie tu dziś zaprosił. Maryja, niby zamyślona, ale tak naprawdę widząca więcej pomoże w tym momencie. Skąd ta pewność? Bo jej tutejsze imię to Matka Boża Dobrej Śmierci. Nie znaczy to, że ludzie przy tej ikonie proszą ją tylko o to, by szybko, bezboleśnie i w łasce bożej umrzeć, absolutnie. Wystarczy spojrzeć na wota. Proszą, o co tylko chcą, ale też i dobrą śmierć.

A skąd ludzie znają ten wizerunek? I w ogóle, jak on tu się znalazł?

Jak to bardzo często bywa z obrazami słynącymi z łask albo darzonymi specjalnym kultem nie wiadomo do końca kto, gdzie i dla kogo go namalował. Czy jest prawdą, że w 16 w. był w kościele w Moskwie? Może jest. A może jest prawdą, że wisiał gdzieś na Ukrainie? Może to jest prawda, a tamto nie, nie wiemy. Poruszamy się w mrokach i jedyne co nam je rozjaśnia, to po postać króla Jana Kazimierza. W zasadzie to wychodzi on z mroków i trzyma obraz. Nie wiem, dostał jako prezent z Moskwy czy jako łup wojenny z Ukrainy, nie wiem. Ma. Ale chyba jakoś go nie ceni. Może wolał zdecydowanie zachodni styl malarski lub zdecydowanie wschodni styl w jednym dziele, a tu jak raz, są obecne te dwa style? Nie wiem, grunt, że jakoś mu ikona do gustu nie przypadła. Po czym poznałam, że król bardzo obrazu nie cenił? Bo oddał go panu Klaudiuszowi Doiett, prefektowi mennicy królewskiej. Ten zaś przekazał synowi, a syn dla odmiany bardzo się z obrazu ucieszył. Wziął go i ofiarował do nowo ufundowanego klasztoru swojego zakonu, bo pan Doiett wstąpił do klasztoru karmelitów bosych i od tego czasu znany był jako brat Innocenty od św. Mikołaja.

My raczej byśmy o klasztorze nie powiedzieli nowy, bo już z 25 lat wcześniej karmelici do Warszawy przybyli, ale jak dla nich to był dopiero początek. A i kościół niedawno zaczęli stawiać, co im zajęło… Tak więc od 1664 r. brat Innocenty, jego współbracia oraz wierni modlili się żarliwie przed piękną ikoną Matki Bożej Łaskawej, a po pewnym czasie rozeszła się wieść, że modlitwa przed obrazem jest hojnie nagradzana łaskami. A tak, na początku ikona była inaczej nazywana, choć dalej o tę samą chodziło. O tę, na której Maryja jest ukazana w pięknym płaszczu ozdobionym kwiatami i owocami granatu, symbolizującymi miłość i śmierć. Symbole te unoszą się również w tle i przesłaniają nam tajemnice życia wiecznego. Czy to jest podpowiedź, że trzeba przejść przez miłość i śmierć? Może. Choć śmierć to pewna, jak amen w pacierzu. Co ja dziś z tą śmiercią? No tak, miejsce!

Kiedy po krótkim czasie popularny stał się kult Maryi patronki dobrej śmierci i gdy powstało przy klasztorze jej bractwo, zmieniono nazwę ikony. I tak zamiast Matki Bożej Łaskawej mamy Matkę Bożą Dobrej Śmierci. Bractwo to obchodziło swoje święto patronalne 22 października, ponieważ właśnie tego dnia w starym kalendarzu liturgicznym było napisane: Święto Matki Bożej Dobrej Śmierci.

Bractwo Dobrej Śmierci istniało do połowy 19 w., choć może już w 1826 r. zostało wchłonięte przez Bractwo Różańcowe. Tak czy siak, kult i nabożeństwo do Maryi opiekującej się konającymi przetrwał do czasów Powstania Warszawskiego. Nawet byśmy powiedzieli sława. Sława była w Warszawie tak wielka, że zwiedziały się o tym korniki i zapragnęły sprawdzić, czy rzeczywiście obraz ten jest tak dobry? Czy aby nie kłamią ci i owi, rozpływający się nad nim w zachwycie? Weszły do kościoła, odnalazły obraz, przebiły się przez srebrne sukienki, korony i tło z czerwonego pluszu, które zawieszono na ikonie w 1843 r. i spróbowały. Tak, rzeczywiście, obraz jest wspaniały! Ach, ta deska, ach, takiego drewna dziś nie uświadczysz! Kolejne pokolenia korników w zachwycie zanosiły swe pienia, na szczęście jednak dla nas ktoś je usłyszał i wszczął alarm. Wezwano profesora Jana Rutkowskiego na ratunek. Profesor, jak to profesor, podszedł do sprawy poważnie, z oddaniem, najpierw załamał ręce nad stanem ikony, a potem, czyli w 1927 r. rozpoczął jej konserwację. Zdjął dokładnie wszystko co na nią nałożono – srebrne szaty, korony, gwiazdy, aksamit – wziął lupę i przyjrzał się uważnie. Tak, przepiękna! O kurcze, komuś jednak coś się nie podobało, bo są trzy warstwy przemalowań tu i tam. Ale finalnie – przepiękna. Tylko czy ona nie jakaś taka bardziej ruska, ukraińska a nie rosyjska? Chyba tak, choć teraz mniej to ważne trzeba ją, Cudowną, ratować. Pan Jan wziął nową deskę, skopiował na niej twarze, dłonie Maryi i Dzieciątka Jezus, przeniósł na nią sukienki, korony, gwiazdy i sukno. Kopia była gotowa. Oryginał jednak tak zachwycał, że znalazł się na wystawie w samym Zamku Królewskim. Zrozumiałe: rozbiory, niewola, pierwsza wojna za nami, tworzymy nową Polskę. Cieszmy się sztuką polską dawną i współczesną. Odkrywajmy przeszłość, ratujmy zabytki. Odwiedziny u króla w Zamku dobiegły końca i ikona Matki Bożej Dobrej Śmierci wróciła do domu, czyli do kościoła już teraz pokarmelickiego, a jej kopia osiadła w Żbikowie, dzielnicy Pruszkowa.

Niestety, że po pierwszej wojnie nadchodzi druga. Pożoga trawi kraj, Warszawę, trawi, pożera wszystkich i wszystko. Matka Boża Dobrej Śmierci wspomaga warszawian. Duchowo i fizycznie, bo gdy w czasie Powstania Warszawskiego jest taka potrzeba w podziemiach powstaje szpital. Ludzie przerażeni tym, co się dzieje, że zaraz śmierć może do nich dosłownie przyjść jeszcze goręcej proszą Maryję o wsparcie. Księżą, powstańcy, cywile. Chyba nikt z nich nie wyobrażał sobie, że w pewnym momencie to oni będą ratować przed śmiercią świętą ikonę, a ikona za to uratuje kościół. Jak to było?

W ostatnich dniach powstania wierni stwierdzili, że trzeba ratować obraz. To przecież nie tylko zabytek, to dla nich ktoś bliski. Przenieśli więc Maryję z Dzieciątkiem do sobie, do szpitala, na dół do piwnic. Ale to nie było tak, że pomyśleli, porozmawiali, poszli i zrobili. Nie, nie mieli czasu. Po prostu pewnego dnia wierni będący w kościele zauważyli, że czołg niemiecki stoi w progu i ma lufę wycelowaną w ołtarz. Zaraz będzie po kościele. Dlatego też szybko zadziałali. Maryja wraz z Jezusem dołączyła do przerażonych ludzi w piwnicy. Czołg nie wystrzelił, kościół przetrwał, a jak się później wśród ludzi mówiło, Maryja ofiarowała się za kościół i spłonęła w pożarze piwnicy. Niby obraz, niby deska z farbami, ale dla nas czasem żywa osoba.

Kościół seminaryjny stał się po tym jakiś taki niepełny. Może nie jest to dobre określenie, ale ciągle czegoś, kogoś tu brakowało i księżom, i wiernym. Aha, czemu teraz kościół seminaryjny. Tak zaczęto nazywać kościół dawniej karmelicki, kiedy to po powstaniu styczniowym w dawnych klasztornych zabudowaniach osiadło Seminarium Warszawskie. Czyli mamy, albo pokarmelicki, albo seminaryjny. Ale co z ikoną? Ciągle jej brak, ból, żal. Aż tu nagle, no dobrze, nie nagle, bo dopiero w 1963 r. ikona wraca w postaci kopii do domu. Odsłonięcie, uroczystość, łzy radości, a potem…e, tego, co Ona taka jakaś brzydka? To nasza Matka Boża Dobrej Śmierci czy nie nasza? No, jakoś nie szło się dobrze modlić. Cóż poradzić?

Ksiądz Wiesław Kądziela, muzykolog, autor pieśni kościelnych, ale i główny głos warszawskich procesji Bożego Ciała, wziął się na sposób i zaczął zbierać dokumentację ikony. Szukał tu, szukał tam, dotarł do konserwatorów zabytków na Wawelu i od nich dostał namiar na pana Mariana Paciorka. Pana, który robi konserwacje obrazów średniowiecznych i ich kopie. Ha, pan Marian podjął się zadania. Na jesień 1989 r. wystartował z pracą i… otarł się o śmierć. Dosłownie. Jego serce nie dawało rady pracować, jak sam rzekł, chyba Maryja go wzywa. Ksiądz Wiesław jest jednak osobą czynu, zwerbował ludzi do modlitwy i dzięki niej, no i udanej operacji, pan Marian wyzdrowiał, a obraz został ukończony. Nieźle, co?

3 maja 1990 r. ikona została uroczyście poświęcona a radości było mnóstwo. W 1991 r. wrócono dzięki pozwoleniu prymasa Glempa do wieczystej nowenny do Matki Bożej Dobrej Śmierci, która odbywa się od tego czasu każdego 22 dnia miesiąca. Stare i nowe wota ponownie ozdobiły jej ołtarz. Zrobiono też Maryi coś nowego. Zasłonę. Teraz ikona jest zasłaniana po każdej wieczornej mszy świętej. A mówiąc o mszy, to mamy kolejny powrót, tym razem do mszy prymicyjnej odprawianej przez nowego księdza przy tym ołtarzu. Bo taki był tu kiedyś zwyczaj.

Modlitwy, łaski, obecność przed ikoną wiernych spowodowały, że kościół z racji na wielowiekowy trwały kult stał się w 2000 r. sanktuarium Matki Bożej Dobrej Śmierci. To jeszcze nie koniec wyróżnień. 25 stycznia 2015 r. w czasie mszy poświęcono i umieszczono na ikonie korony biskupie! Msza była niezwykle uroczysta: grano Mszę Koronacyjną Mozarta, grali i śpiewali muzycy z orkiestry i chóru Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, no cudo.

Ale zaraz, co z tą biedną próbą odtworzenia ikony, co to się ludziom nie podobała?

Dobre pytanie. A, jest w kościele w Mrokowie koło Tarczyna.

Deszcz przestał walić w dach, wiatr przestał wiać, wychynęłam za drzwi. Padało umiarkowanie. Srebrzysta strzała przemokła, bo nawet drzewo jej przed kąpielą nie uratowało. Zdecydowałam jednak, że jadę do domu, bo zapadał zmierzch. Podziękowałam św. Józefowi i nade wszystko Maryi, wsiadłam na rower i już po płaskim pojechałam do domu. Jadąc pomyślałam sobie, że chyba byli bardzo udanym małżeństwem. A św. Józef jaką miał cudowną śmierć! I Maryja, i Jezus przy łóżku. Żebym jednak nie osierociła starej matki, zaprzestałam rozważań, bo jazda w kapturze nasiąkniętym i ociekającym wodą była niezwykłym ułatwieniem w spowodowaniu wypadku śmiertelnego ze mną w roli głównej. A na to, mimo właśnie odbytych przemyśleń o śmierci nie byłam gotowa.

Do zobaczenia na tym świecie jeszcze! Najlepiej na wycieczce, na którą zapraszam.

Matka Boża Dobrej Śmierci
Modlitwa, gdyby ktoś chciał.