Blog

Wilczej kawałeczek

No, to proszę wycieczki dziś walcujemy ulicą Wilczą. Cóż za piękna i ciekawa ulica!

Malowniczy squat pod 30-tką, po drugiej stronie lekko w lewo policja, a na przeciw narodowcy, obok zaś nich kościół polskokatolicki. Na dokładkę lub na główne parę restauracji, w tym jemeńska. Dobrze, że wiem gdzie to jest na mapie. Nawet kojarzę nepalską czy tybetańską, ale w innym miejscu śródmieścia. Ktoś chce mnie zaprosić?

Twierdza Klasztor Zmartwychwstanek

W czasie Powstania Warszawskiego był na Żoliborzu u sióstr Zmartwychwstanek szpital polowy, który potem został przeniesiony do budynków obok a klasztor stał się twierdzą czy, jak inni mówią, redutą. Czemu szpital został przeniesiony? Otóż 17-go sierpnia zabłąkała się pod klasztor niemiecka kolumna ciężarówek z amunicją i materiałami wybuchowymi. Dla żołnierzy ze zgrupowania „Żyrafa” była to nie lada gratka. Wzięli i zdobyli ładunek. Niemcy nie chcieli i nie mogli odpuścić do tego, by cenny transport przepadł, wrócili wiec po utracone rzeczy. Udało się ich odeprzeć, ale szpital na wszelki wypadek przeniesiono.
W dodatku wielki budynek był łatwym celem dla samolotów i pociągu pancernego, który stał na Gdańskim i walił pociskami w klasztor. Co ciekawe, na początku chorymi leczonymi w szpitalu byli Niemcy. I wyszło, że jestem niedouczona, bo wydawało mi się, że oni zabierali rannych do swoich szpitali, a tu proszę.
Trzeba przyznać, że siostry były niesamowite. Przygotowywały się do otwarcia szpitala już w 1942 r., a żeby było czym karmić rannych, sprowadziły na teren klasztoru 5 krów. Bojąc się, by sprawa się nie sypnęła, a i w razie co, żeby wszystkie nie straciły życia, część z nich w ogóle nie wiedziała o planach otwarcia szpitala. Lekarze z II Obwodu AK, odpowiedzialni za jego tworzenie, musieli mówić, że po porady duchowe przychodzą.
A zastanawialiście się kiedyś nad tym, gdzie ludzie wychodzili z kanałów? Na przykład, jak weszli do kanału na pl. Krasińskich, tam prawie na środku skrzyżowania? Ano między innymi właśnie obok klasztoru. W ogóle, pierwsi żołnierze i cywile wyprowadzeni ze Starówki 25 sierpnia przeszli na Żoliborz, prowadzeni przez przewodników ze zgrupowania „Żyrafa”, czyli tego, który bronił reduty. Tych często 15-17 letnich chłopców i dziewczęta z 227 plutonu nazywano Szczurami Kanałowymi. Chodzili w wyciętych w palcach butach, krótkich spodenkach, pelerynach niemieckich, czymś ciepłym i ze szmatami na głowie.

Święto flagi

Uprzejmie przypominam, że jutro, a właściwie to dziś, bo już godzina 24.20 się zrobiła, 2-go maja, jest Dzień Flagi Rzeczpospolitej Polskiej. Flagę należy powiesić (o ile się ją ma) w miejscu godnym, tj. w takim, w którym nic złego jej się nie stanie. Bo jak coś się stanie to można mieć nieprzyjemności albo i sprawę w sądzie o znieważenie flagi. Ale któż by z nas miał zamiar znieważyć, zniszczyć, uszkodzić lub niecnie usunąć Flagę Polski? Nikt.

Na wszelki wypadek nie proponuję czynić wyżej wymienionych występków w stosunku do flag czy oznak państwowych innych krajów, bo może się trafić na taką, która z racji zapewnienia wzajemności będzie traktowana jak nasza.
No, ale jak Flaga Polski powinna wyglądać? Na górze pas materiału biały, na dole czerwony, każde dziecko to wie. Ale pewnie gdybyśmy mieli ze stosu materiałów wybrać te o właściwym odcieniu, to nie byłoby łatwo trafić. Bo tak naprawdę biały jest srebrnobiałym, taki szarawym odcieniem bieli, a czerwony to bliżej niesprecyzowany karmazyn pomieszany z kropelką cynobru. Jednym słowem nie za jasne. Flagom made in China w radosnych odcieniach bardzo surowego pomidora i odblaskowej bieli po kąpieli w Vanishu mówimy: nie!
Czemu te kolory? Biel to orzeł, ale również symbol wody, oczyszczenia, niepokalania. W heraldyce kolor biały zastępuje srebrny. Czerwień to pole tarczowe herbu Polski, ogień i krew, odwaga i waleczność.
Flaga powinna być z godłem, ale przeważnie taka nie jest .
Właściwie to nie wiem dlaczego. Przecież takie są ładniejsze. Korzystają z nich placówki dyplomatyczne, oficjalne przedstawicielstwa, statki morskie i powietrzne oraz porty morskie i lotnicze. No, okręty mają dodatkowo bandery z orłem i z wycięciem tworzącym dwa języki (wycięty trójkąt z prawej strony).
I proszę Szanownej Publiczności nie dziwić się, gdy zobaczymy jakby flagę Polski z godłem, ale całą czerwoną, w dodatku otoczoną wężykiem generalskim. To jest proporzec Prezydenta, Zwierzchnika Sił Zbrojnych RP. Można go zobaczyć, proporzec, np. 3 Maja jak łopocze nad Grobem Nieznanego Żołnierza. Były też rozłożone na trumnach Prezydentów.

A 2 maja 1945 r. polskie flagi powiewały nad Berlinem 



Ogród Krasińskich

Dziś rano jechałam sobie tramwajem do Zamku, żeby poprowadzić lekcję dla przedszkolaków, gdy nagle z przyczyn do tej pory nieustalonych zdecydowałam, że wysiadam. Prawdopodobnie spojrzałam na zegarek, który stwierdził, że mam duuużo czasu i nie zawadzi przejść się. No to poszłam na spacer do Ogrodu Krasińskich.

Zastanawiałam się, jak on teraz wygląda, czy da się wejść, czy nie, ale okazało się, że brama jest otwarta. Z oddali dobiegał mnie szum samochodów, ale za ogrodzeniem w parku panowała cisza. Wystarczyło przekroczyć bramę. Gdy tylko do niej podeszłam, usłyszałam z góry płynący ptasi głos. Spojrzałam do góry. Kto to mnie wita? Najpierw miałam wrażenie, że to kruk zdobiący zwieńczenie bramy chce mnie uprzejmie powitać. Ale do końca nie zwariowałam i wiedziałam, że nawet najpiękniejszy metalowy ptak nie śpiewa. No i to chyba nie był kruczy głos. Ponieważ brzydko by było tak sobie pójść i nie zwrócić uwagi na miłe powitanie zaczęłam poszukiwać żyjątka. Znalazłam. To kaczka siedziała na filarze i pełniła honory. Po chwili zmęczona i zapewne głodna odleciała do stawiku.
Pozostał metalowy kruk. Spokojnie i wiernie pilnował i pilnuje on posiadłości rodu Krasińskich. Robi tak, bo jest herbem tej zacnej rodziny. W zasadzie to herb nazywa się ślepowron i każdy ornitolog spodziewał by się tu innego ptaka, ale cóż, tak naprawdę jest krukiem. Starym krukiem. Powstał w czasach Piastów, kiedy nie wiadomo, grunt że był używany już w połowie 14 w. Ród Krasińskich też wywodzi się z 14 w., z Mazowsza. Piękna tradycja, piękny pałac i piękny ogród. Mam nadzieję, że będzie po remoncie czy rewitalizacji będzie piękny. 
Zapewne na początku nie będzie takim wielkim wytchnieniem w skwarne dni, bo drzewa zostały wycięte, ale za jakiś czas?
Szkoda tylko, że ścieżki w ogrodzie po stuleciach nie będą wysypywane w esy-floresy kolorowym piaskiem, no way.

Złote Tarasy

Jak dało się zauważyć na mieście, słońce od paru dni świeci na potęgę, z czego ludzkość cieszy się przeogromnie, przy okazji łatwowiernie mu wierząc w szybką i ciepłą wiosnę. Zanotowano już przypadki nieroztropnego wyjścia na miasto w stroju wiosennym, w czym to niestety miałam udział. Ale nic się nie stało, nowe ciepłe rajstopy w kolorze navy-blue przydadzą się w mojej szafie, a i cena, uczciwie trzeba przyznać była niezwykle atrakcyjna. Cóż, jak widać głupi ma szczęście.

No, ale ta przygoda skłoniła mnie do pogłębionej refleksji nad odwiecznym problemem: w co tu się ubrać wiosną??? Bo jak jednak będzie już za tydzień? Któż da sobie rękę uciąć za to, co mówią w telewizorze? Śnieg, proszę bardzo, może spadnie, ale na drugi dzień może już być tylko parą wodną unoszącą się do nieba w piękny, wiosenny poranek. Po poranku nastanie gorący dzień, a ty człowieku idziesz w czarnej kurtce zimowej i gotujesz się jak czajnik na herbatę. Trzeba się przygotować! Odwiedzić jakiś przybytek Mody. Skoczyć z koleżanką, kolegą do Złotych Tarasów. 
Ładne są w środku. I to dokładnie w środku. Od zewnątrz i wewnątrz, ale w środku. Gdy ktoś nie ma zamiaru nic kupić, to też warto przechodząc zajrzeć do nich, wjechać sobie na górę, usiąść gdzieś i spokojnie popatrzeć na szklany dach. Jest rewelacyjny. Czy w dzień, czy wieczorem zachwyca swoim wyglądem, grą z przestrzenią. Gdy jest myty to atrakcją dodatkową jest króciutki quiz: czy panowie nie stłuką dachu i czy aby na pewno uszczelki są szczelne? Raczej są. Nie byle jaka firma go robiła. Dokładnie ta sama, która wykonała przepiękny dach w British Museum, zaprojektowany przez Lorda Normana Fostera, którego projektu biurowiec stoi na pl. Piłsudskiego. I tu, i tam zastosowano szyby o kształcie trójkątów, by w tej sposób stworzyć wrażenie szklanej draperii. Tak materiał jest bardziej elastyczny, można go lepiej kształtować. He, czyli nie myliłam się mówiąc wycieczkom o szklanym kocyku. Nie przykrywa on jednak piłek czy kul tylko tworzy korony drzew. Tak 🙂 Architekci projektujący całe założenie biurowo-usługowo-handlowe zauważyli, że Warszawa nie ma centrum w centrum. Stoi tylko pożeracz przestrzeni, Pałac Kultury i Nauki, i otaczająca go pustka. Pałac jest duży, więc dużo przestrzeni chce dla siebie. Nie jest to wina tego obiektu, ale wojny, która zniszczyła prawie całą Warszawę. To co przetrwało to warszawskie parki. W tym momencie każdy z nas może pomyśleć o symbolu drzewa, drzewie życia i stricte życiu. Ale też warto pamiętać tak zwyczajnie o przyrodzie, bo i o to szło architektom. Chcieli by w środku miasta myśleć o przyciąganiu ziemskim, dzięki któremu woda szemrze w strumieniu, o wietrze i samej wodzie. Stąd ten dach i drzewo rosnące na malutkim patio na poziomie minus jeden, znajdującym się tuż przed wejściem do centrum.
O tym, co widzimy po wejściu środka nie chcę się wypowiadać. Każdy ma oczy i widzi, no i albo się lubi centra handlowe, albo się ich unika. Chociaż czasem mogą uratować człowieka.

Na Mariensztacie

W cokolwiek słabym nastroju przemierzałam dziś w południe Powiśle. Pogoda do towarzystwa też była słaba. Szłyśmy więc dwie nieszczególne i nie mogłyśmy się przełamać, aż tu nagle zobaczyłyśmy balkon.

Na pierwszy rzut oka biedny, zapuszczony, ale na drugi piękny, tajemniczy i pełen życia. Pod lepszym już humorkiem uznałyśmy z pogodą, że bezsprzecznie da się w nim dojrzeć dyskretny wdzięk z przeszłości. Tylko trzeba spojrzeć. Okna mogłyby wiele opowiedzieć, bo widziały niejedną historię dziejącą się z tej czy z drugiej strony.
Choć całość może sprawia przygnębiające wrażenie, to jednak jest coś, co mówi, że życie tu trwa i spokojnie toczy się dalej. To mech, który małymi zielonymi plamkami porasta sobie balkon. Niczym się nie przejmuje, tylko sobie rośnie. Sąsiednie okna też mają swoje bardzo ważne sprawy. Wiszą w nich firanki, zasłonki, rosną kwiaty w doniczkach. Łączący wszystkich tynk od czasu do czasu spada radośnie ze ściany dając pracę murarzowi. Ten uzupełnia co może, nie dotykając farby, dzięki czemu mamy żywy obraz stworzony w skali szarości.

Lampy

Ferie zimowe, słońce wiosenne – taki to luty w tym roku. Ale nie mamy co narzekać na brak zimy, bo i tak trochę jej było. Swoją drogą zabawniej mają na olimpiadzie: śnieg im się topi, narciarze jeżdżą w krótkim rękawku a kamerzyści bezczelnie opalają się czekając na akcję. Przynajmniej ci ostatni mają całkiem przyjemnie.  Ale u nas też jest fajnie.

Np. ja wczoraj na Krakowskim Przedmieściu łapałam światło słoneczne malujące kamienice na nowo. Trochę go złapałam, trochę wypuściłam. Wędrując tak jego śladem odkryłam las, las latarniany. Rośnie on sobie zgrabnym paseczkiem tuż niedaleko krawężnika. Może tak naprawdę nie spełnia wymagań gatunkowych potrzebnych by zostać uznanym za las, ale kto by się tym na jego miejscu przejmował? Raczej nikt. W dodatku, należy mu się szacunek, bo choć jego lampy są nowe, to rośnie tu sobie od końca 1856 r. Już od pierwszego dnia, czy raczej wieczoru, wzbudzał powszechny zachwyt i podziw. Był atrakcją na miarę współczesnej bożonarodzeniowej iluminacji Warszawy. I nawet był nią, bo gaz rozświetlił latarnie 27 grudnia, znaczy na okres Bożonarodzeniowy się załapał. Święta odbyły się więc w spokoju, a tuż po nich warszawianie dali się ponieść emocjom nowoczesności i luksusu. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech przeczyta sobie cytat z Kuriera Warszawskiego: „Prześliczne, czyste i srebrzyste światło rozlewało tak mocny blask na około, że ponad ulicami, którymi przebiegały zapalone promienie gazu, najwyraźniejsza biła łuna, jakby od jakiego pożaru”. Co te 92 latarnie zdziałały, prawda? I to nie wszystkie wyrosły na Krakowskim, ale i na Ludnej, Książęcej, Nowym Świecie i pl. Zamkowym. 
Dla nas, przyzwyczajonych do prądu, lamp, lampeczek, plafonów i innych żyrandoli te „srebrzyste światło” to śmiech. Dla tych, co tu mieszkali przed nami i przeżyli inaugurację oświetlenia ulic nie. Jeśli ktoś chce zobaczyć podobne światło, niech uda się na ul. Agrykolę. Będzie ono złociste nie srebrzyste, ale to chyba nie stanowi sprawy?

Mistrz blacharski

Poniedziałek. Większość z nas po dwóch dniach przerwy idzie do pracy myśląc sobie po drodze: a może by tak coś swojego? Czemu nie! Byle tylko znaleźć swoje miejsce i pracować. Może się nawet się okazać, że nasz pomysł na życie przejmą dzieci i w ten sposób powstanie rodzinny warsztat, sklep czy ogólnie pojęta tradycja. Tak jak jest w rodzinie Swobodów. 

Ich rodzinną tradycją jest prowadzenie warsztatu blacharsko-ślusarskiego. Powstał on w 1934 r. i mieścił się wtedy na Nowiniarskiej. W czasie wojny pan Wawrzyniec współpracował z Komendą Główną AK i na jej zamówienie wykonał około 200 obudów do radioodbiorników krótkofalowych. Przy pomocy tych odbiorników nasłuchiwano wiadomości z Londynu. Zachowane egzemplarze można obejrzeć w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Po wojnie zakład przeniósł się na Tamkę i tam trwa dalej, prowadzony przez trzecie już pokolenie.
Jeśli ktoś potrzebuje coś ze stali nierdzewnej, nawet łączonej ze szkłem, to podaję adres: Tamka 13, Warszawa. Nie czerpię z tego korzyści majątkowych, ale Państwo byli tak mili, że pozwolili zrobić mi zdjęcia i co najważniejsze widać było, że żyją rodzinną tradycją, historią, pracą, że było by grzechem na koniec o tym nie wspomnieć.
I ten kantorek, prawdziwy, żywy kantorek, obwieszony dyplomami cechowymi…

Urodziny Króla

Sto lat dla jego Królewskiej Mości. Można by dziś składać królowi najlepsze życzenia, wręczać piękne laurki i śpiewać „sto lat”, gdyby nie to, że od ponad dwustu lat już nie żyje. Kłopot. Choć może to i lepiej? Bo jakby się ktoś rozpędził i zaśpiewał mu „gwiazdkę pomyślności”, to mógłby się król kapkę zdenerwować usłyszawszy wzmiankę o piciu, bo był abstynentem. A po co go denerwować, na przykrości i ból brzucha narażać? Stanisław August to człowiek delikatny, wrażliwy, głosu niepodnoszący wobec czego jego delikatny żołądek co rusz szwankował. Nerwy. Stres i nerwy go zżerały. To szczególnie w dzień urodzin nie należy króla denerwować. Nie wypada.

Z laurką też prosto nie było. W dzień koronacji król, wytrawny erudyta, dostał od nieznanego wierszoklety wierszyk, o pardon, wiersz, wypisany na atłasie. I gdy przeczytał to cudo nerwy mu puściły. A może to wena z rozkazu samego Apollina spłynęła na niego? Grunt, że nie wytrzymał i dał upust temu, co sobie pomyślał. I to całkiem ładny kawałek mu wyszedł, mój ulubiony: „Szkoda czasu i atłasu, byś się wdzierał do Parnasu”. Mimo wszystko król docenił wysiłek i atłas jak mówią kronikarze „wdzięcznie przyjął”. Tak, dobrze go mama wychowała.
Skarżył się co prawda czasem, że dzieciństwa przez nią nie miał, bo go od małego do królowania przygotowywała, ale cóż mogła zrobić? Z przeznaczeniem się nie dyskutuje, a to podobno to ono już w dzień urodzin taki los mu wyznaczyło.

Tu byśmy sobie mogli zjeść tort i kawę czy herbatę wypić. W Pokoju Żółtym.