Sanktuarium Matki Bożej Dobrej Śmierci

Pierwszy maja ma coś takiego w sobie, że człowiek ma ochotę spędzić go aktywnie. Wzięłam więc swój rower srebrzystą strzałą zwany i ruszyłam w świat. Rower najpierw pędził z górki, potem jechał po płaskim, zatrzymał się łaskawie na odpoczynek i nagle zauważyłam, że zaczyna zmierzchać. No cóż, pomyślałam, czas wracać do domu. Dosiadłam strzały i radośnie zamachałam pedałami, gdy tu nagle – pac, pac – krople deszczu zaczęły mi na głowie marsz pierwszomajowy wygrywać. No nie…choć może raczej no tak, oczywiście, bo jak jest u nas święto to znaczy, że będzie deszcz, jak amen w pacierzu. I to jak ja na rower pierwszy raz w tym roku wsiadłam… Cóż, trzeba przeczekać, tylko gdzie? Może schowam się w kościele, o ile będzie otwarty? Sprawdziłam najbliższy, był otwarty. Przypięłam srebrzystą strzałę pod rozłożystym drzewem i weszłam do Sanktuarium Matki Bożej Dobrej Śmierci.

Gdzie? – może zapytać ktoś zadziwiony. – To mamy coś takiego? W Warszawie?

Owszem, mamy. Nie jest to nowo wybudowany kościół, bo pewnie czytelnik zorientował się, że jesteśmy na Krakowskim Przedmieściu. Kościół jest stary i oficjalnie nazywa się Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i świętego Józefa Oblubieńca. Ale nikt na codzień nie używa tej nazwy i wszyscy w Warszawie używamy skrótu „seminaryjny”. I bardzo dobrze, bo jest przy nim nasze warszawskie seminarium.

Lekko zmoczona i zadumana, że patron dzisiejszego dnia, czyli św. Józef robotnik zaprosił mnie deszczem do siebie do domu podeszłam pod ikonę Matki Bożej Dobrej Śmierci. Trudno do niej nie podejść. Wabi ciepłem, złotem. Co prawda musiałam obejść pół kościoła, bo w środkowej nawie stoi rusztowanie, to jednak tylko pozwoliło mi na przypomnienie sobie, co to jest ikona.

A ikona jest oknem pozwalającym zajrzeć patrzącemu w świat Boga. Jest też sposobem, by zauważyć przebóstwiony świat ludzki. Chociaż Boga nie da się opisać, nie da narysować, to przez ikonę możemy się do Niego zbliżyć. Szczególnie, gdy jest na niej wyobrażenie Jezusa, Obrazu Boga. Gdy ikona przedstawia świętych to są oni pokazani jako pełni Boga, właśnie przebóstwieni, oderwani od doczesności, realności. Bardzo często starsze ikony pokryte są złotem. Patrzący na nie kiwają głowami i myślą – Ależ piękna, ale i chyba równie droga. Zamawiający zapewne chciał pokazać, kim to on nie jest. Niekoniecznie. Złoto na ikonie jest zapowiedzią złotego czasu, Rajskiego czasu. Jest blaskiem Chwały Boga i zasłoną skrywającą przyszłość. Dopiero po śmierci zobaczymy, jak TAM jest.

Zawsze wydaje mi się, że Maryja uważnie patrzy na zbliżającą się osobę. Choć może się mylę? Może raczej jest zamyślona i w tym przenikającym czas zamyśleniu przytula trzymanego na ręku Jezusa a drugą wskazuje na Niego? Na tego, który jest jedyną Drogą i jej celem? Chyba raczej tak to jest. Maryja wskazuje na Syna trzymającego księgę życia, w której są zapisani wszyscy zbawieni. Tak mówi Apokalipsa. Mam nadzieję, że są tam wszyscy ludzie wpisani i razem zobaczymy, co skrywa się za złotem. Jednak siedząc tak wczoraj przed ikoną pomyślałam, że ja bardzo boję się samego przejścia przez granicę dwóch światów. Jakoś, tego, co by nie mówić, cykam się. Chciałabym zobaczyć, chciałabym tam mieszkać, być, ale… Dlatego świetnie, że św. Józef mnie tu dziś zaprosił. Maryja, niby zamyślona, ale tak naprawdę widząca więcej pomoże w tym momencie. Skąd ta pewność? Bo jej tutejsze imię to Matka Boża Dobrej Śmierci. Nie znaczy to, że ludzie przy tej ikonie proszą ją tylko o to, by szybko, bezboleśnie i w łasce bożej umrzeć, absolutnie. Wystarczy spojrzeć na wota. Proszą, o co tylko chcą, ale też i dobrą śmierć.

A skąd ludzie znają ten wizerunek? I w ogóle, jak on tu się znalazł?

Jak to bardzo często bywa z obrazami słynącymi z łask albo darzonymi specjalnym kultem nie wiadomo do końca kto, gdzie i dla kogo go namalował. Czy jest prawdą, że w 16 w. był w kościele w Moskwie? Może jest. A może jest prawdą, że wisiał gdzieś na Ukrainie? Może to jest prawda, a tamto nie, nie wiemy. Poruszamy się w mrokach i jedyne co nam je rozjaśnia, to po postać króla Jana Kazimierza. W zasadzie to wychodzi on z mroków i trzyma obraz. Nie wiem, dostał jako prezent z Moskwy czy jako łup wojenny z Ukrainy, nie wiem. Ma. Ale chyba jakoś go nie ceni. Może wolał zdecydowanie zachodni styl malarski lub zdecydowanie wschodni styl w jednym dziele, a tu jak raz, są obecne te dwa style? Nie wiem, grunt, że jakoś mu ikona do gustu nie przypadła. Po czym poznałam, że król bardzo obrazu nie cenił? Bo oddał go panu Klaudiuszowi Doiett, prefektowi mennicy królewskiej. Ten zaś przekazał synowi, a syn dla odmiany bardzo się z obrazu ucieszył. Wziął go i ofiarował do nowo ufundowanego klasztoru swojego zakonu, bo pan Doiett wstąpił do klasztoru karmelitów bosych i od tego czasu znany był jako brat Innocenty od św. Mikołaja.

My raczej byśmy o klasztorze nie powiedzieli nowy, bo już z 25 lat wcześniej karmelici do Warszawy przybyli, ale jak dla nich to był dopiero początek. A i kościół niedawno zaczęli stawiać, co im zajęło… Tak więc od 1664 r. brat Innocenty, jego współbracia oraz wierni modlili się żarliwie przed piękną ikoną Matki Bożej Łaskawej, a po pewnym czasie rozeszła się wieść, że modlitwa przed obrazem jest hojnie nagradzana łaskami. A tak, na początku ikona była inaczej nazywana, choć dalej o tę samą chodziło. O tę, na której Maryja jest ukazana w pięknym płaszczu ozdobionym kwiatami i owocami granatu, symbolizującymi miłość i śmierć. Symbole te unoszą się również w tle i przesłaniają nam tajemnice życia wiecznego. Czy to jest podpowiedź, że trzeba przejść przez miłość i śmierć? Może. Choć śmierć to pewna, jak amen w pacierzu. Co ja dziś z tą śmiercią? No tak, miejsce!

Kiedy po krótkim czasie popularny stał się kult Maryi patronki dobrej śmierci i gdy powstało przy klasztorze jej bractwo, zmieniono nazwę ikony. I tak zamiast Matki Bożej Łaskawej mamy Matkę Bożą Dobrej Śmierci. Bractwo to obchodziło swoje święto patronalne 22 października, ponieważ właśnie tego dnia w starym kalendarzu liturgicznym było napisane: Święto Matki Bożej Dobrej Śmierci.

Bractwo Dobrej Śmierci istniało do połowy 19 w., choć może już w 1826 r. zostało wchłonięte przez Bractwo Różańcowe. Tak czy siak, kult i nabożeństwo do Maryi opiekującej się konającymi przetrwał do czasów Powstania Warszawskiego. Nawet byśmy powiedzieli sława. Sława była w Warszawie tak wielka, że zwiedziały się o tym korniki i zapragnęły sprawdzić, czy rzeczywiście obraz ten jest tak dobry? Czy aby nie kłamią ci i owi, rozpływający się nad nim w zachwycie? Weszły do kościoła, odnalazły obraz, przebiły się przez srebrne sukienki, korony i tło z czerwonego pluszu, które zawieszono na ikonie w 1843 r. i spróbowały. Tak, rzeczywiście, obraz jest wspaniały! Ach, ta deska, ach, takiego drewna dziś nie uświadczysz! Kolejne pokolenia korników w zachwycie zanosiły swe pienia, na szczęście jednak dla nas ktoś je usłyszał i wszczął alarm. Wezwano profesora Jana Rutkowskiego na ratunek. Profesor, jak to profesor, podszedł do sprawy poważnie, z oddaniem, najpierw załamał ręce nad stanem ikony, a potem, czyli w 1927 r. rozpoczął jej konserwację. Zdjął dokładnie wszystko co na nią nałożono – srebrne szaty, korony, gwiazdy, aksamit – wziął lupę i przyjrzał się uważnie. Tak, przepiękna! O kurcze, komuś jednak coś się nie podobało, bo są trzy warstwy przemalowań tu i tam. Ale finalnie – przepiękna. Tylko czy ona nie jakaś taka bardziej ruska, ukraińska a nie rosyjska? Chyba tak, choć teraz mniej to ważne trzeba ją, Cudowną, ratować. Pan Jan wziął nową deskę, skopiował na niej twarze, dłonie Maryi i Dzieciątka Jezus, przeniósł na nią sukienki, korony, gwiazdy i sukno. Kopia była gotowa. Oryginał jednak tak zachwycał, że znalazł się na wystawie w samym Zamku Królewskim. Zrozumiałe: rozbiory, niewola, pierwsza wojna za nami, tworzymy nową Polskę. Cieszmy się sztuką polską dawną i współczesną. Odkrywajmy przeszłość, ratujmy zabytki. Odwiedziny u króla w Zamku dobiegły końca i ikona Matki Bożej Dobrej Śmierci wróciła do domu, czyli do kościoła już teraz pokarmelickiego, a jej kopia osiadła w Żbikowie, dzielnicy Pruszkowa.

Niestety, że po pierwszej wojnie nadchodzi druga. Pożoga trawi kraj, Warszawę, trawi, pożera wszystkich i wszystko. Matka Boża Dobrej Śmierci wspomaga warszawian. Duchowo i fizycznie, bo gdy w czasie Powstania Warszawskiego jest taka potrzeba w podziemiach powstaje szpital. Ludzie przerażeni tym, co się dzieje, że zaraz śmierć może do nich dosłownie przyjść jeszcze goręcej proszą Maryję o wsparcie. Księżą, powstańcy, cywile. Chyba nikt z nich nie wyobrażał sobie, że w pewnym momencie to oni będą ratować przed śmiercią świętą ikonę, a ikona za to uratuje kościół. Jak to było?

W ostatnich dniach powstania wierni stwierdzili, że trzeba ratować obraz. To przecież nie tylko zabytek, to dla nich ktoś bliski. Przenieśli więc Maryję z Dzieciątkiem do sobie, do szpitala, na dół do piwnic. Ale to nie było tak, że pomyśleli, porozmawiali, poszli i zrobili. Nie, nie mieli czasu. Po prostu pewnego dnia wierni będący w kościele zauważyli, że czołg niemiecki stoi w progu i ma lufę wycelowaną w ołtarz. Zaraz będzie po kościele. Dlatego też szybko zadziałali. Maryja wraz z Jezusem dołączyła do przerażonych ludzi w piwnicy. Czołg nie wystrzelił, kościół przetrwał, a jak się później wśród ludzi mówiło, Maryja ofiarowała się za kościół i spłonęła w pożarze piwnicy. Niby obraz, niby deska z farbami, ale dla nas czasem żywa osoba.

Kościół seminaryjny stał się po tym jakiś taki niepełny. Może nie jest to dobre określenie, ale ciągle czegoś, kogoś tu brakowało i księżom, i wiernym. Aha, czemu teraz kościół seminaryjny. Tak zaczęto nazywać kościół dawniej karmelicki, kiedy to po powstaniu styczniowym w dawnych klasztornych zabudowaniach osiadło Seminarium Warszawskie. Czyli mamy, albo pokarmelicki, albo seminaryjny. Ale co z ikoną? Ciągle jej brak, ból, żal. Aż tu nagle, no dobrze, nie nagle, bo dopiero w 1963 r. ikona wraca w postaci kopii do domu. Odsłonięcie, uroczystość, łzy radości, a potem…e, tego, co Ona taka jakaś brzydka? To nasza Matka Boża Dobrej Śmierci czy nie nasza? No, jakoś nie szło się dobrze modlić. Cóż poradzić?

Ksiądz Wiesław Kądziela, muzykolog, autor pieśni kościelnych, ale i główny głos warszawskich procesji Bożego Ciała, wziął się na sposób i zaczął zbierać dokumentację ikony. Szukał tu, szukał tam, dotarł do konserwatorów zabytków na Wawelu i od nich dostał namiar na pana Mariana Paciorka. Pana, który robi konserwacje obrazów średniowiecznych i ich kopie. Ha, pan Marian podjął się zadania. Na jesień 1989 r. wystartował z pracą i… otarł się o śmierć. Dosłownie. Jego serce nie dawało rady pracować, jak sam rzekł, chyba Maryja go wzywa. Ksiądz Wiesław jest jednak osobą czynu, zwerbował ludzi do modlitwy i dzięki niej, no i udanej operacji, pan Marian wyzdrowiał, a obraz został ukończony. Nieźle, co?

3 maja 1990 r. ikona została uroczyście poświęcona a radości było mnóstwo. W 1991 r. wrócono dzięki pozwoleniu prymasa Glempa do wieczystej nowenny do Matki Bożej Dobrej Śmierci, która odbywa się od tego czasu każdego 22 dnia miesiąca. Stare i nowe wota ponownie ozdobiły jej ołtarz. Zrobiono też Maryi coś nowego. Zasłonę. Teraz ikona jest zasłaniana po każdej wieczornej mszy świętej. A mówiąc o mszy, to mamy kolejny powrót, tym razem do mszy prymicyjnej odprawianej przez nowego księdza przy tym ołtarzu. Bo taki był tu kiedyś zwyczaj.

Modlitwy, łaski, obecność przed ikoną wiernych spowodowały, że kościół z racji na wielowiekowy trwały kult stał się w 2000 r. sanktuarium Matki Bożej Dobrej Śmierci. To jeszcze nie koniec wyróżnień. 25 stycznia 2015 r. w czasie mszy poświęcono i umieszczono na ikonie korony biskupie! Msza była niezwykle uroczysta: grano Mszę Koronacyjną Mozarta, grali i śpiewali muzycy z orkiestry i chóru Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, no cudo.

Ale zaraz, co z tą biedną próbą odtworzenia ikony, co to się ludziom nie podobała?

Dobre pytanie. A, jest w kościele w Mrokowie koło Tarczyna.

Deszcz przestał walić w dach, wiatr przestał wiać, wychynęłam za drzwi. Padało umiarkowanie. Srebrzysta strzała przemokła, bo nawet drzewo jej przed kąpielą nie uratowało. Zdecydowałam jednak, że jadę do domu, bo zapadał zmierzch. Podziękowałam św. Józefowi i nade wszystko Maryi, wsiadłam na rower i już po płaskim pojechałam do domu. Jadąc pomyślałam sobie, że chyba byli bardzo udanym małżeństwem. A św. Józef jaką miał cudowną śmierć! I Maryja, i Jezus przy łóżku. Żebym jednak nie osierociła starej matki, zaprzestałam rozważań, bo jazda w kapturze nasiąkniętym i ociekającym wodą była niezwykłym ułatwieniem w spowodowaniu wypadku śmiertelnego ze mną w roli głównej. A na to, mimo właśnie odbytych przemyśleń o śmierci nie byłam gotowa.

Do zobaczenia na tym świecie jeszcze! Najlepiej na wycieczce, na którą zapraszam.

Matka Boża Dobrej Śmierci
Modlitwa, gdyby ktoś chciał.

Muzeum Pragi

Bardzo lubię warszawską Pragę. Szczególnie Starą Pragę, pełną historii do śmiechu i do łez. Dzielnicę specyficzną, trzymającą swój fason, ale też i zmieniającą się, bo jak wiadomo panta rhei. Skoro Heraklit tak powiedział, a jakby nie patrzeć był to mądry człowiek, to stwierdziłam, że i ja muszę „popłynąć” do Muzeum Pragi. Wsiadłam do tramwaju 28 i dalej na Pragie, do Muzeum. Dojechałam. Z zewnątrz budynek może nie najbardziej reprezentacyjny, rzekłabym skromy, ale w środku nowoczesność wita. Biel, fajne mebelki, przemiły pan ochroniarz, a i pani w kasie również. Bilet za 10 zł jest, no to do zwiedzania. Tylko ostrożnie, bo bramki w przejściach chcą nas albo na siebie nadziać, albo przywalić do ściany. Charakterne takie. 

Można zwiedzać od początku, ale równie dobrze można zwiedzać od końca. Nie zawsze ma się taki wybór, wobec czego zwiedzałam od końca. Najpierw podwórko z detalami z mostu Poniatowskiego i miśkiem, będącym nawiązaniem do misiów z warszawskiego zoo. Bo może nie wszyscy wiedzą, ale misie przez lata mieszkają prawie na ulicy i filują na wjeżdżających na Pragę. Mają pod kontrolą wszystkich: autobusiarzy, tramwajarzy, samochodziarzy, rowerzystów i piechotę. Teraz tylko wysmykli im się ci, którzy metrem zjeżdżają. Cóż! Kto chce się poczuć, jak miś na służbie? To proszę sobie wejść na taras i popatrzeć na Bazar Różyckiego z góry. Tylko uwaga, grozi to niebezpieczeństwem utraty humorku, bo papa z góry słabo wygląda, a i okoliczne kamienice ledwo już dyszą i ostatkiem tylko sił nie puszczają dekoracji na trotuar. To teraz szybko głowę w lewo i widzimy, że nowy budynek, śliczny i nowoczesny stoi między innymi domami. A może to stary po renowacji? W każdym razie, schodzimy i idziemy na drugi koniec. Do dawnego żydowskiego domu modlitwy.

Żeby tam dojść trzeba wrócić do pierwszego budynku, zejść do piwnic gdzie jest szatnia i wystawa. Wystawa jest taka bardziej artystyczno-socjologiczna w temacie. Zdjęcia, muzyka, urywki wywiadów. Teraz jesteśmy troszkę wyżej i mamy więcej instalacji, wywiadów na różne tematy: religie, narodowości, zwyczaje dzielnicowe, jak np. dyżurny śledź. Jeszcze troszkę wyżej i wchodzimy do domu modlitwy, tzw. modlitewni. Pod warstwami zapraw i farb zachował się fragment malowidła z 1934 r. przedstawiający Żydów modlących się pod Ścianą Płaczu oraz znaki zodiaku. Możemy zobaczyć w gablocie wystawione modlitewniki i zwój tory. W 1940 r. społeczność żydowska została przeniesiona do getta po drugiej stronie Wisły. Jesteśmy teraz na końcu zwiedzania, drugim co prawda, ale zawsze, pójdźmy więc na początek. Wracamy do punktu wyjścia.

I teraz: naprawdę na początek czy jednak od pierwszego piętra? E, to dalej od końca. Pierwsze piętro i wystawa bazarowa, przepraszam, targowa, ale tym razem już chronologicznie. Super, ułoży się w głowie: targi, przemysł, handel. No i w końcu, czyli tak naprawdę na początku, wystawa na parterze budynku – historia Pragi. Z makietą! Jak sobie uruchomimy makietę i audioguide’a, to opowieść popłynie do naszych spragnionych uszu, a blask rozjaśni nasze ciemności. Usłyszymy, zobaczymy i wszystko się zmieni. Panta rhei – nie będziemy już tacy, jacy byliśmy przed wizytą w Muzeum.

Praskie historie.
Sąsiedzkie spotkania
W bożnicy
Zwój Tory, korona i wskazówki, czyli jady.

Model Pragi. Zdjęcie tego nie oddaje, ale to jest naprawdę fajne.

Maria, Marysia, Marysieńka

Maria Kazimiera po mężu Sobieska. Czy ktoś o niej zrobił film? Nie wiem. Nie wiem, bo film to nie moja specjalność, ale myślę, że świetny serialik by powstał na osnowie jej biografii. Albo nie, nie żadne tam based on, ale porządny dokument fabularyzowany. Z aktorką, która potrafi grać. Królowej to się naprawdę należy, a materiału by się znalazło wystarczająco, nawet tego na klasyfikację „po dwudziestej pierwszej”.

Ileż to by było łez, przemyśleń nad rodziną, stosunkami przyjacielskimi i biznesowymi, o polityce już nie wspominając. Emocje przepływały by przez oglądającą publiczność jak morska fala zalewająca plażę. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem, radość, smutek, pociecha, rozgoryczenie, w górę i w dół i obertas na dokładkę.

Gdybym ja była scenarzystą, to zaczęłabym od przyjazdu małej Marysi do Polski. Mała, cztery lata a już w orszaku królowej. „Zgroza! Jak tak można dzieciaczka wysłać?” krzyczy oburzona publika. Jak widać, można, żadne tam fiku-miku cały dzień w piaskownicy, noblesse oblige.  Nic, pewnym czasie Marysia wraca do Francji by się uczyć i potem kamera pokazuje, jak piękna, młoda dziewczyna przyjeżdża ponownie na dwór królowej Polski. Ach, ileż w niej wdzięku… Jan Morsztyn napisał, że śliczna, wdzięku pełna, a jak tańczy… No ta to zrobi karierę, znaczy, ona to dopiero będzie miała bogatego męża. Dobrze, teraz nie rozwodzimy się nad jej urodą, oszczędzamy łzy i emocje, bo oto, wielkimi krokami, nadchodzi pierwsze małżeństwo z pijakiem, utracjuszem, właścicielem malutkiego haremu oraz choroby zwanej syfilisem, Janem Zamoyskim. Słabo to wygląda, bardzo nawet byśmy powiedzieli. Do tego zagrożone ciąże, poronienia, rozpad małżeństwa. Biedna dziewczyna. Chusteczki ekologiczne w użyciu, proszę publiczności.

Ale jak po burzy nadchodzi cisza, tak po pewnym czasie nadchodzi rozwiązanie problemu, czyli Jan nr 1 umiera. Dobrze, że Maria miała już wcześniej wsparcie w Janie nr 2, ale proszę tu nie świntuszyć, absolutnie. Kto serial obejrzy ten będzie wiedział, co i jak było, w każdym razie, po awanturach z Zamoyskimi nadchodzi małżeństwo z Janem III ( wyżej występującym pod imieniem Jan nr 2). Tych spraw miłosnych nie ma co chwilowo rozwijać, w każdym razie, jeśli ktoś czytał wszystkie lektury szkolne, to wie, czemu trzeba by ten serial rozpoczynać o godz. 21. Kiedyś dzieci szły spać o 20… No, wracamy do scenariusza. Teraz spełnienie w miłości, rodzinie, zaszczyty, ale i problemy. Walka polityczna to walka. Trzeba z tego zdawać sobie sprawę, wybrać odpowiednią broń i walczyć. Tu szczerze jej współczujemy słysząc czytane na ekranie pamflety, pełne pomówień, oszczerstw i złośliwości. Oraz prawdy, że się starzeje. Smutne, prawdziwe, ale cholernie nieeleganckie. Sami lustra nie mają? Po taką broń sięgnęli!

Choćbyśmy nie wiem jak bohaterkę lubili, to jednak serial zbliża się ku końcowi. Jan III umiera, Maria decyduje się wyjazd za granicę i tam prowadzi WSPANIAŁY TEATR OPEROWY. Cały Rzym przyznawał, że najlepszy w Mieście. I kurcze blade, coś tu się nam słodko i nudno robi. Ach, nagle pojawia się odwieczny problem: skąd wziąć na to wszystko pieniądze? Znamy ten problem, znamy, choć może nie w tej skali, ale bardzo współczujemy Marii. Nic prócz współczucia więcej jej ofiarować nie możemy. Choćbyśmy sobie głowy łamali, nie ma pieniędzy i tyle.  Nie da rady, wyjeżdżamy z nią do Francji i jesteśmy przy jej śmierci. Jak? To można? Widowisko sobie zrobiono czy też cichcem wsunęliśmy się za kamerzystą do sypialni?

Otóż siedzimy sobie w pokoju z królową, grzecznie, jak na jej dworzan przystało, rozmawiamy, plotkujemy i nagle ktoś mówi „o, królowa usnęła”. Wszyscy ściszamy głos, ale siedzimy i robimy swoje dalej. A bo to raz przysnęło się komuś w fotelu? Medyk, coś lekko nerwowy podchodzi do fotela i odkrywa, że królowa nie żyje. Szybko, szybko, przenosimy Marię na łóżko i w ciszy czekamy z nadzieją, czy aby nie odetchnie. Nie, nie oddycha. Kapelan rozpoczyna modlitwy. Koniec

Sala Rycerska

Właśnie kończy się czas przeznaczony na prace konserwatorskie w Zamku. Wszystkie zdjęte na chwilę obrazy wracają na swoje miejsca, siedziska ław na stelaże, a sznurki odgradzające szczególnie cenne miejsca już wiszą gdzie trzeba. Pozostały tylko rusztowania w Sali Rycerskiej, ale na nich siedzą panie konserwatorki i odnawiają dwa obrazy Bacciarellego. Panie oraz ich praca stała się dodatkową atrakcją dla zwiedzających 🙂

No, ale trzeba przyznać, że Sala Rycerska jest jedną z piękniejszych sal zamkowych. Zaprojektował ją Włoch, Domenico Merlini, który jako młody człowiek wyruszył w świat w poszukiwaniu pracy i dotarł do Polski. Nawet za bardzo nie musiał zastanawiać się, gdzie jechać, bo w Warszawie pracował jego krewny, świetny architekt, Jakub Fontana. Po latach Domenico objął po nim zaszczytny tytuł naczelnego architekta Rzeczpospolitej oraz Króla Jegomości.

Ale nie zawsze miał on wolną rękę wykonując projekty dla króla. Tak było szczególnie w przypadku tej sali, na którą to pomysł miał już król od wielu lat. Zaczęło się od tego, że będąc w Wielkiej Brytanii król odwiedził Stowe i tam zobaczył the Temple of the British Worthies. Jest to miejsce w parku, gdzie w niszach ustawiono rzeźby najbardziej zasłużonych Brytyjczyków, królów i polityków obok kupców, filozofów i artystów. Król, nie będąc jeszcze królem, zachwycił się tym zakątkiem w parku i zapamiętał przesłanie. Powrócił do niego przy przebudowie sali zwanej dziś Rycerską. Kazał tu umieścić obrazy przedstawiające sceny z życia wybranych królów polskich, portrety polityków, żołnierzy, świetnych gospodarzy, księży, artystów i naukowców, tak by każdy z odwiedzających go gości znalazł jakąś bliską swemu sercu osobę. I co ważne, by chciał ją naśladować, do czego król w ten sposób zachęcał. Przecież dla każdego znajdzie się zaszczytne miejsce, jak nie w tej, to w innej sali 🙂

Póki co, portrety zmarłych już bohaterów wykonać mieli Marcello Bacciarelli, Andre Le Brun i Giacomo Monaldi. I tak zrobili, a nawet więcej, bo dodano boga czasu Chronosa i głoszącą chwałę Famę. Piękny kontrast: jedna postać wyznacza kres życia, druga unieśmiertelnia bohatera wręczając mu wieniec z gwiazd.

A co zrobił Domenico Merlini? Pięknie wszystko ze sobą połączył i oplótł szczodrze złotą dekoracją.

Widok od strony Sali Wielkiej
Fama co wieść niesie.

Łódź – po wojnie przez chwilę stolica

Czy ktoś zna Łódź? Czy ktoś ją zwiedzał?

Jeśli na te dwa pytania nasuwa się Szanownemu Czytelnikowi jedna i ta sama krótka odpowiedź – „nie”, to niech sobie Wyżej Wzmiankowany poczeka do ciepłych dni i pojedzie do Łodzi na wyprawę. I żadne tam wstawanie przed południem, bo niby Piotrkowska krótka (4 km) a Manufaktura to zwykła galeria handlowa. Nie, nie da się się wszystkiego oblecieć w parę godzinek z posiedzeniem w kawiarni włącznie. Nie, kategoryczne nie.

Trzeba wstać rano, dojechać tym czy owym do dworca Łódź Kaliska i udać się w kierunku Piotrkowskiej. Trzeba do niej dotrzeć. Można to robić różnie: idąc prosto lub zygzakiem, patrząc tylko na lewą stronę lub na obie, wchodząc do podwórek i otwartych klatek schodowych albo też walić szybko jak na czas na główną historyczną arterię miasta. Jak kto woli, według uznania, choć ostatniej metody nie polecam. Czemu? Bo można przegapić wiele wspaniałości. Architektonicznych wspaniałości. Artystycznych. A i w szlachetnym porywie serca warto poronić łezkę nad zniszczoną materią miasta.

W ogóle taka Łódź to całkiem porządne miasto. Duże. Jest tam zameldowanych ponad 700 tys. osób, co daje nam w rankingu pojedynczych miast zaszczytne medalowe trzecie miejsce. W Polsce. Gdyby zaś zastanowić się nad tym, w jakim tempie się rozrosło, to ja nie wiem, na którym miejscu w Europie by było, a nawet i na świecie. Na pewno na jakimś bardzo wysokim. Ale o tym za chwilę, bo na początku należy się legenda. Otóż i ona:

Dawno, dawno temu, a może nawet bardzo dawno temu młodzieniec o imieniu Janusz wyruszył z rodzinnego domu. Czy mu tam było źle, czy po prostu nudno tego nie wiem, ale wiem, że wziął swoją łódź i wypłynął nią na rzekę. Rzeka kręciła raz w lewo, raz w prawo, potem wpadła w gęstą puszczę, gdzie spotkała się z inną rzeką. Tej Janusz nie znał. Pchnięty ciekawością wpłynął w nią i z czasem zauważył, że staje się coraz to węższa i płytsza, aż w końcu była tylko wartkim strumieniem. Przepływała przez podmokły, pofałdowany teren, coraz bardziej dający się Januszowi we znaki. Trzeba było nie tyle płynąć, co przepychać łódź w dół lub w górę, w zależności gdzie kierował strumień. Janusz nawet miał na to siłę, ale święty obraz, prezent od kochającej matki nie. Widocznie za bardzo poobijał się w łódce i zdecydował, że za żadne skarby stąd się nie ruszy. A jak to ze świętymi obrazami bywa, jak się uprze, że zostaje to zostanie. Choćby go stu końmi ciągnięto. Cóż mógł Janusz zrobić, jak obraz ani drgnął, a wraz z nim i łódź? Wyjść na ląd, znaleźć dobre miejsce na nocleg dla obrazu i dla siebie, zrobić sobie wieczerzę i iść spać. Stwierdził, że rano popertraktuje z obrazem, bo puszcza gęsta jak smoła, co to ją w zamku do lania na wrogów używają, ludzi nie słychać i nie widać, samotnie. Zasnął. Rano obudziły go ptaszki, świergoczące tuż nad głową bardzo piękną melodię. Pszczoły łobuzersko latały mu koło ucha, a ryby to już na bezczelnego skakały w strumieniu tuż przy brzegu. Śniadanie zapowiadało się wspaniale. Mało zapowiadało, ono takie było. Wyspany, najedzony i zadowolony Janusz podszedł do obrazu. Obraz popatrzył na niego wymownie, jednak dla chłopaka było to zbyt subtelne przesłanie i nie zrozumiawszy ani ciutki złapał za obraz, by go zabrać z powrotem do łodzi. Ale nie dał rady. Obraz stał się ciężki, jak pół zamku, a może nawet i cały. Janusz zaczął go prosić, błagać, namawiać, ale gdzie tam. Gadał dziad do obrazu… Cóż było robić? Nic, zbudować sobie domek i czekać, aż obrazowi przejdzie. Wyciągnął więc łódź, postawił na pniach tworząc w ten sposób schronienie i czekał. Czekał, czekał, ale się nie doczekał. Szkoda mu było czasu, bo był raczej aktywnym chłopakiem i poszedł na długi spacer. Bardzo udany spacer, bardzo. Dotarł do wioski, gdzie mieszkali niespotykanie mili ludzie, a na dokładkę wśród nich były przemiłe i przepiękne dziewczyny. Do wzięcia! Więc jedną sobie wziął za żonę. Ale dziewczyna, choćby i najpiękniejsza i najmilsza, nie będzie chciała mieszkać pod małą łódeczką, Janusz musiał więc zbudować prawdziwy dom, a że żona poprosiła o zbudowanie kapliczki dla obrazu, to i kapliczkę zbudował. Kapliczka ta stała się z czasem miejscem, do którego przychodziły wszystkie dzieci Janusza, a potem ich dzieci, i dzieci ich dzieci by poznać historię swojego rodu. Każde z nich słyszało o wyprawie łodzią i dlatego, gdy pytano je skąd są odpowiadały, że są z łodzi, bo od niej bierze się ich początek. Z czasem kolejne już pokolenia nazwały po prostu swą osadę Łodzią.

I tu się legenda kończy.

A kiedy akcja się rozgrywała? No, jakoś naprawdę bardzo dawno temu, bo już w 1332 r. to książę Włodko Garbaty przekazał istniejącą wieś biskupom. Biedny był ten Włodko: jak był mały umarł mu tata, dzieci nie miał (przynajmniej oficjalnie) a w dodatku wołali na niego Garbacz. Rety. Na pociechę została mu świadomość, że stryja, też Władysława, Łokietkiem wołają. Zawsze to w kupie raźniej.

Ale nie ma co się rozczulać, bo musimy szybko przeskoczyć do wieku 19, a tego nie da się zrobić bez sekundy zatrzymania w wieku 15. Wtedy bowiem, w 1423 r. Władysław Jagiełło nadał Łodzi prawa miejskie. Hura, gratulujemy i lecimy dalej. Wiek 19, Szanowni Państwo, wysiadka.

Jesteśmy w 1820 r. Rajmund Hiacynt (!) Rembieliński poszukuje miejsc, gdzie można by rozwijać przemysł i znajduje Łódź. Cudowne miejsce – nieprzebyte lasy, mnóstwo (czyli 18) rzeczek i strumieni, które płynąc wśród spiętrzeń terenu zapewniały darmową energię do napędzania maszyn i na koniec uporządkowane prawa własności gruntu. Żyć nie umierać. Dobra, bez przesady, jeszcze potrzebni specjaliści, którzy rozwiną przemysł. Jak raz nadarzyła się okazja, bo w Czechach, Saksonii i Prusach przemysł włókienniczy przechodził ciężkie chwile. Byli więc znający się na rzeczy rzemieślnicy, wystarczyło dać im ziemię, drewno, tanią energię i zwolnić na chwilę z podatku. I hulaj dusza! Rynek rosyjski zbudował nie tylko fortunę Wokulskiego, ale i całej Łodzi. Po 20 latach od założenia nowej Łodzi z małego miasteczka powstało drugie co do wielkości miasto w Królestwie Polskim i mieszkało tu 13 tys. mieszkańców. W 1885 r. było już ich 100 tys, a przed 1939 r. 672 tysiące. Nieźle, co? Mniej więcej 8 tys. osób rocznie przybywało do Łodzi poszukując pracy lub sposobu na pomnożenie fortuny. To dopiero był magnes, niezwykle silny. Przyciągał ludzi z różnych miejsc, różnej narodowości i wiary, tak że w szczycie swego rozwoju było to miasto niemiecko-żydowsko-polsko-rosyjskie. Przynajmniej pod względem głównych języków używanych przez jego mieszkańców.

Powstały kompleksy fabryczno-mieszkalne, gdzie wszystko, co było potrzebne do życia właścicieli i pracowników znajdowało się w obrębie posiadłości. Straszne. Wyobraź sobie Czytelniku: pracujesz po 12-16 godzin dziennie, wychodzisz z fabryki i nawet nie zmieniasz otoczenia, bo twoje mieszkanie jest tuż obok. Albo, jesteś właścicielem zakładu włókienniczego, bogatym jak Krezus i co? Też mieszkasz na terenie fabryki a w twoim pałacu jest giełda, biura, salon wystawowy. Niby pańskie oko konia tuczy, ale bez przesady. W każdym razie, spacerując po Łodzi i szczerze podziwiając sposób, w jaki zagospodarowano dawne zabudowania fabryczne nie umiałam się pozbyć lekko przygnębiającego wrażenia, że kiedyś nie były to miłe miejsca. Jakby ciągle w tych murach trwało zmęczenie i beznadzieja dawnych włókniarzy. Dobrze, że teraz są tam muzea, galerie, super sklepy, restauracje i inne tym podobne działalności. Teraz napełniają one te same mury zupełnie innymi emocjami.

A ile jest w Łodzi pięknych kamienic, zniszczonych okrutnie, ale pięknych. Jako warszawianka co chwilę myślałam sobie: co to by było, gdyby…

No, nie ma co myśleć, tylko poczekać do zdecydowanej wiosny, wstać rano i znowu pojechać do Łodzi. Bo Piotrkowska na ciepło na pewno jest inna niż na zimno. Wspanialsza.



Jak mole zwyczajnie królewski płaszcz zżarły

Dawno, dawno temu, a dokładnie mówiąc 250 lat temu, koronowanego Króla przykrył ceremonialny płaszcz. Był piękny. (Płaszcz, choć i Królowi nic nie brakowało.) Wszyscy z zachwytem spoglądali w jego stronę, podziwiali fason, kolor i blask bijący od orłów. Ach, ten aksamit, tak miękki, mięsisty, każdy chciał choćby tylko go dotknąć. A orły? Czy ktoś widział wspanialsze? Nie żałowano na nie srebrnych i złotych nici, świeciły więc w przestworzach czerwieni jak gwiazdy na gorejącym niebie.

By od tego widoku nie spłonęła zgromadzona publiczność na straży ewentualnego pożaru stanęło białe futro gronostajów. Tak, nawet najpiękniejsza dama w najpiękniejszej sukni czuła, że nie ma najmniejszych szans by dziś zaćmić królewską chwałę.

Król bardzo lubił swój płaszcz, ale jak to czasem w życiu bywa, nie bardzo miał okazje, żeby go nakładać. Nie wypadało mu też kazać wyciągać go z szuflady i przynosić na pokoje, aby choć przez chwilę nacieszyć nim oko. Piękny królewski płaszcz leżał w szufladzie. Aż kiedyś, przygotowując się do uroczystości rocznicy Konstytucji 3 Maja Król zakrzyknął: „Wiem, nałożę mój piękny koronacyjny płaszcz!”. Służący od razu pobiegli do odpowiedniej szafy, otworzyli odpowiednią szufladę i…fiuuuu, wyleciała z niej rozzłoszczona chmura moli. Siedziały sobie przecież od pokoleń w tej szufladzie, jadły spokojnie i metodycznie pierwszorzędny aksamit, a tu nagle ktoś otwiera i wpuszcza świeże powietrze! Zgroza. Tłukąc w amoku skrzydłami, których zastosowanie i znaczenie dopiero teraz odkryły, rozproszyły się po pokoju. Służący powoli zajrzeli do szuflady i poczuli, że oto stanęli przed najtrudniejszym zadaniem w ich życiu – musieli powiedzieć Królowi, że płaszcza nie ma. Odfrunął. Co dziwniejsze, orły, zwierzęta latające nie odleciały. No, ale to orły metalowe, nie żywe, co je z resztą uratowało. Mole metalu nie jedzą. Próbowały, ugryzły tu i tam, ale nie dały rady.

Dobrze, że Król chciał się do obchodów zawczasu przygotować. Uszyto nowy płaszcz, naszyto na niego orły i nowy płaszcz wspaniale rozbłysł. Jednak Królowi założenie płaszcza odradzono. Cóż, płaszcz czekał na lepsze czasy. Te jednak nie nadchodziły. Nadeszły za to gorsze, znacznie gorsze. Król musiał opuścić Polskę, zrzec się korony i władzy. Na wygnaniu towarzyszył mu ulubiony płaszcz. Był pamiątką, wspomnieniem, relikwią. Przypadła mu też w udziale niespodziewana rola – stał się kapą przykrywającą trumnę Króla.

Na tym jednak nie zakończył swej historii. Po uroczystościach pogrzebowych wrócił do Polski i był własnością ukochanego bratanka Króla, księcia Józefa Poniatowskiego. Wiedział, że nie nałoży go żaden król, ale nie wiedział, że raz jeszcze stanie się kapą trumienną. A stało się tak, gdy zmarł jego nowy właściciel. Siostra księcia Józefa, Maria Teresa, zapragnęła, by pogrzeb brata był uroczystością godną najwspanialszego bohatera. Cóż może być wspanialszego niż piękny królewski płaszcz? Kazała więc, by przykrył on trumnę leżącą w kościele św. Krzyża i potem wyruszył z Warszawy do Krakowa, gdzie pozostaje na Wawelu po dziś dzień.

Czemu Maria Teresa na nasze szczęście nie wzięła płaszcza z powrotem? Może bała się moli?

Na pewno nie bał się moli mistrz Jan Matejko, który cieszył się takim szacunkiem, że księża z katedry wawelskiej z chęcią pożyczyli mu do pracowni piękny królewski płaszcz. Po co mu był potrzebny? Do namalowania wchodzącego do kościoła Króla na obrazie zwanym „Konstytucja 3 Maja”.

Uczestnicy dramatu:

piękny królewski płaszcz – płaszcz koronacyjny

nowy płaszcz – zmartwychwstały po zżarciu przez mole królewski płaszcz

Król – Stanisław August

Dama w pięknej sukni – tajemnicza arystokratka zaproszona na koronację

służący – bohater zbiorowy

mole – jeszcze bardziej zbiorowy, ale raczej antybohater

Józef Poniatowski – bratanek Króla, generał, bohater narodowy

Maria Teresa – starsza o 3 lata siostra Józefa, właścicielka sztucznego oka

Jan Matejko – małej postury malarz co namalował wielki Grunwald

Mimo wszystko Święto Niepodległości

Dzisiejsze święto jest świętem wyjątkowym, szczególnie gdy mieszka się w Warszawie. Mówi ono niezwykle wiele o nas Polakach i świetnie pokazuje zmiany socjologiczne zachodzące w naszym kraju. Ja wczoraj, poniekąd zmuszona przez pewnego rowerzystę, na własne potrzeby przeprowadziłam wstępne badania, po czym dziś utwierdziłam się w mych spostrzeżeniach. A czym on mnie „zmusił”?

Otóż stałam sobie jak gdyby nigdy nic naprzeciw Arkadii prawie nikomu nie przeszkadzając, no, najwyżej stanowiąc delikatne zagrożenie dla ruchu kołowego i robiłam zdjęcie Masztowi Wolności, gdy nagle jakiś rowerzysta krzyknął w moją stronę coś jakby „to jest maszt baranów”. Może źle zrozumiałam, pomyślałam najpierw, ale obawiam się, że raczej dobrze.  Lekko mnie to zdenerwowało, ale ponieważ stałam prawie na ulicy, no i facet szybko odjechał zadowolony, że uświadomił głupią babę to baba nie miała szansy mu odpowiedzieć. Po dwóch sekundach trafił mnie lekki szlag. Nie trzeba być orłem inteligencji, żeby będąc warszawianinem skojarzyć Rondo „Radosława” (przepraszam, wolę tę wersję) z Powstaniem Warszawskim. A nie będąc warszawianinem słysząc o odsłonięciu Masztu Wolności 10-go listopada spokojnie skojarzy się tę datę z odzyskaniem po 123 latach niepodległości. To po co mi ktoś psuje nastrój patriotyczny swoimi przekonaniami politycznymi? I w ogóle, jakim prawem? W ramach uspokajania zagłębiłam się w otchłanie mojej pamięci, dziurawej, nie najlepszej i przypomniałam sobie, że zawsze trudno było nam świętować niepodległość. No bo tak cofnijmy się do czasów PRLu i postarajmy się wziąć udział w obchodach Święta 11 Listopada – okaże się, że gdzieś tam w umyśle mamy świadomość, że odzyskaliśmy niepodległość w 1918 r., ale znowu jej w pełni nie mamy. Można o niej myśleć, ale ostrożnie, bo zbytnie zastanawianie się może doprowadzić do czegoś niebezpiecznego. Jak to powiedział generał: są granice, których przekraczać nie wolno. W granicach jakoś nie wychodziło, bo trudno było chwalić dawnych bohaterów, którzy po kilkudziesięciu latach oficjalnie nimi nie byli. Granice jednak zostały przekroczone, świat się pozmieniał i można było świętować. Ale jakoś wychodziło to nam na smutno. A przecież dusza do radości dąży, z tym kojarzy się świętowanie. Na szczęście znowu nastąpiły zmiany w społeczeństwie i teraz w dalszym ciągu pamiętając o tych, co ginęli za wolność, o tych co tworzyli od podstaw nową Polskę, cieszymy się z wolności i wyrażamy to na nowe, inne sposoby. Biegi, spacery, inscenizacje, robienie kotylionów, zabawy dla dzieci, koncerty, marsze… I zaczęło się… Nie da rady spokojnie pomanifestować, przynajmniej w Warszawie, bo będzie bijatyka jak amen w pacierzu. Niesamowite, jak bardzo niektórzy ludzie chcą zepsuć to święto. Ja nie wiem, czy oni tylko za chuligaństwo powinni być karani. Nie ma tam czegoś w naszym kodeksie o działaniu antypaństwowym?

W zasadzie można by przestać świętować, ale wtedy oni wygrają. Co gorsza przegrają wtedy ci, którzy ginęli bez względu na to czy chcieli walczyć, czy nie chcieli, ale wcielono ich do wojska i nie mieli wyjścia. Nie chciałabym umierać na wojnie i wydaje mi się, że nikt nie chce. Tym bardziej doceniam tych, którzy walczyli. I skoro oni by się cieszyli, a nie wszyscy z nich mieli po wojnie taką szansę, to ja też i za nich się cieszę. I nie dam się denerwować ludziom, którzy nie widzą niczego dobrego w Maszcie Wolności ani nie doceniają tego, że dwie osoby go ufundowały, by przypominał nam o Pierwszej Wojnie Światowej, która choć niesamowicie tragiczna to przyniosła nam wolność. I o Powstaniu Warszawskim, hekatombie złożonej przez Polaków w czasie Drugiej Wojny Światowej. Może Maszt nie jest najpiękniejszy, może nie najśliczniejszy, ale przy odrobinie dobrej woli może dobrze nam wszystkim służyć.



BUW podejmuje gościa

O rety, widać że BUW jest jednym z moich ulubionych budynków, prawda? Lubię tę przestrzeń, choć pamiętam, że jak tylko został otwarty to wyklinałam na pomysły architekta. Że na siłę nowoczesny, że kto to słyszał sam beton, że szaro jak cholera… i tak dalej na tę melodię pieśń zgrozy leciała. A teraz lubię skubańca. Bardzo.

On za to odgrywa się na mnie. No bo jak to inaczej nazwać? Wyjrzałam sobie za okno (cudze okno, ale w posiadanie kluczy weszłam całkiem legalnie, za chwilkę oddam) i pomyślałam: kurka, a co to za kształty? Wnęki się komuś nagle zachciało? „Mały dziedzińczyk pan machnie z boczku” czy co? Ale po chwili sterane życiem oczy przyzwyczaiły się do widoku i usłużnie poinformowały, że właśnie w tej chwili BUW przyjmuje wizytę stojącego na wprost budynku i razem spędzają sobie miło czas. No owszem, miło. Nawet bardzo. Ja co prawda mało nie wyleciałam za okno, ale mogłam nie podglądać plotkarzy, prawda? Prawda.

Pasjami

Są takie miejsca w Warszawie, gdzie mogłabym siedzieć godzinami i pasjami gapić się na jedno coś. Na jedno i to samo. 
Choć właściwie to to jedno wcale nie jest ciągle takie samo, wręcz przeciwnie, zmienia się co chwilę jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Tą bezkarnie rozbrykaną, pędzącą i wszystkomogącą różdżką jest światło. Przeważnie słoneczne, pulsujące jaśniutkimi promieniami, od czasu do czasu dla równowagi chowające się za chmury, by zaraz znowu wyskoczyć w oślepiającym rozbłysku i zmienić to i owo w naszym postrzeganiu. Czasem jest to światło elektryczne niby spokojne, słabe, ograniczone w ruchach, nadające za to atmosferze nutkę romantyzm, zamyślenia albo i wielkomiejskiego sznytu. Potrafi też na poczekaniu zaaranżować teatrzyk grozy, gdy godzina duchów już blisko, a ktoś wlezie w jego pole rażenia i staje się mimowolnym aktorem-cieniem.
Generalnie światło albo maluje, albo rzeźbi. Przynajmniej ja tak sobie myślę. Na tym budynku światło maluje jak jakiś nawiedzony malarz. Owszem, i porzeźbi, całkiem-całkiem, ale nawet tło za rzeźbą chlapnie farbą. 
A ja stoję jak kołek, wypatruję oczy, jak jakiś badacz malarstwa miniaturowego, i zastanawiam się, ile tu jest planów, ile historii mówiących o czymśtam i kimśtam. 
No dobra, chodzę, bo strasznie wielka jest ta miniatura.



Wilczej kawałeczek

No, to proszę wycieczki dziś walcujemy ulicą Wilczą. Cóż za piękna i ciekawa ulica!

Malowniczy squat pod 30-tką, po drugiej stronie lekko w lewo policja, a na przeciw narodowcy, obok zaś nich kościół polskokatolicki. Na dokładkę lub na główne parę restauracji, w tym jemeńska. Dobrze, że wiem gdzie to jest na mapie. Nawet kojarzę nepalską czy tybetańską, ale w innym miejscu śródmieścia. Ktoś chce mnie zaprosić?