BUW podejmuje gościa

O rety, widać że BUW jest jednym z moich ulubionych budynków, prawda? Lubię tę przestrzeń, choć pamiętam, że jak tylko został otwarty to wyklinałam na pomysły architekta. Że na siłę nowoczesny, że kto to słyszał sam beton, że szaro jak cholera… i tak dalej na tę melodię pieśń zgrozy leciała. A teraz lubię skubańca. Bardzo.

On za to odgrywa się na mnie. No bo jak to inaczej nazwać? Wyjrzałam sobie za okno (cudze okno, ale w posiadanie kluczy weszłam całkiem legalnie, za chwilkę oddam) i pomyślałam: kurka, a co to za kształty? Wnęki się komuś nagle zachciało? „Mały dziedzińczyk pan machnie z boczku” czy co? Ale po chwili sterane życiem oczy przyzwyczaiły się do widoku i usłużnie poinformowały, że właśnie w tej chwili BUW przyjmuje wizytę stojącego na wprost budynku i razem spędzają sobie miło czas. No owszem, miło. Nawet bardzo. Ja co prawda mało nie wyleciałam za okno, ale mogłam nie podglądać plotkarzy, prawda? Prawda.

Pasjami

Są takie miejsca w Warszawie, gdzie mogłabym siedzieć godzinami i pasjami gapić się na jedno coś. Na jedno i to samo. 
Choć właściwie to to jedno wcale nie jest ciągle takie samo, wręcz przeciwnie, zmienia się co chwilę jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Tą bezkarnie rozbrykaną, pędzącą i wszystkomogącą różdżką jest światło. Przeważnie słoneczne, pulsujące jaśniutkimi promieniami, od czasu do czasu dla równowagi chowające się za chmury, by zaraz znowu wyskoczyć w oślepiającym rozbłysku i zmienić to i owo w naszym postrzeganiu. Czasem jest to światło elektryczne niby spokojne, słabe, ograniczone w ruchach, nadające za to atmosferze nutkę romantyzm, zamyślenia albo i wielkomiejskiego sznytu. Potrafi też na poczekaniu zaaranżować teatrzyk grozy, gdy godzina duchów już blisko, a ktoś wlezie w jego pole rażenia i staje się mimowolnym aktorem-cieniem.
Generalnie światło albo maluje, albo rzeźbi. Przynajmniej ja tak sobie myślę. Na tym budynku światło maluje jak jakiś nawiedzony malarz. Owszem, i porzeźbi, całkiem-całkiem, ale nawet tło za rzeźbą chlapnie farbą. 
A ja stoję jak kołek, wypatruję oczy, jak jakiś badacz malarstwa miniaturowego, i zastanawiam się, ile tu jest planów, ile historii mówiących o czymśtam i kimśtam. 
No dobra, chodzę, bo strasznie wielka jest ta miniatura.



Na Mariensztacie

W cokolwiek słabym nastroju przemierzałam dziś w południe Powiśle. Pogoda do towarzystwa też była słaba. Szłyśmy więc dwie nieszczególne i nie mogłyśmy się przełamać, aż tu nagle zobaczyłyśmy balkon.

Na pierwszy rzut oka biedny, zapuszczony, ale na drugi piękny, tajemniczy i pełen życia. Pod lepszym już humorkiem uznałyśmy z pogodą, że bezsprzecznie da się w nim dojrzeć dyskretny wdzięk z przeszłości. Tylko trzeba spojrzeć. Okna mogłyby wiele opowiedzieć, bo widziały niejedną historię dziejącą się z tej czy z drugiej strony.
Choć całość może sprawia przygnębiające wrażenie, to jednak jest coś, co mówi, że życie tu trwa i spokojnie toczy się dalej. To mech, który małymi zielonymi plamkami porasta sobie balkon. Niczym się nie przejmuje, tylko sobie rośnie. Sąsiednie okna też mają swoje bardzo ważne sprawy. Wiszą w nich firanki, zasłonki, rosną kwiaty w doniczkach. Łączący wszystkich tynk od czasu do czasu spada radośnie ze ściany dając pracę murarzowi. Ten uzupełnia co może, nie dotykając farby, dzięki czemu mamy żywy obraz stworzony w skali szarości.

Sky Hunter

Pogoda raczej z tych nieciekawych: światła mało, zimna dużo, deszcz nieustannie leci z nieba…Wobec tego zapraszam w podróż. Najpierw trzeba wylecieć wysoko, wzbić się ponad chmury a tam już będzie czekało słońce.

 Tylko proszę uważać na Łowcę! Jak on wygląda? Proszę spojrzeć na mural namalowany przez Sepe i Chazme718 i uważać w czasie lotu. Ostrzegam, ale jak wiadomo: do odważnych świat należy.