Kino Femina

Femina to kino przedwojenne, które przetrwało wojnę przystosowując się szybko do zaistniałej rzeczywistości. Najpierw było niemiecką rewią, potem, już w getcie, teatrem niosącym wytchnienie i krótkie schronienie przed otaczającym światem. Występowali na jego deskach najlepsi aktorzy, śpiewacy i muzycy. Śpiewała młodziutka, ale doskonała Maria Ajzensztadt, zwana słowikiem getta, orkiestrą dyrygował Ignacy Singer vel Ivo Wesby, a o całość pracy teatru dbał Jerzy Jurandot.

Gdy getto zostało zmniejszone, kino Femina stało się niemieckim magazynem, a po roku znowu teatrem. Po wojnie odpoczywało prawie 13 lat. Gdy wróciło do gry powoli, powoli zyskiwało na znaczeniu, by stać się kinem kategorii pierwszej. Zyskało renomę w mieście w czym pomagała świetna lokalizacja: przecięcie się dwóch ważnych arterii komunikacyjnych w centrum miasta. Nawet przystanek komunikacji miejskiej nazwano Kino Femina. I tak nazywa się do dziś, choć kino jest już zamknięte. Została nazwa przystanku, neon nad wejściem i uwaga, uwaga, fotele z widowni. Są ustawione w kawiarni w Alejach Jana Pawła II, na parterze za schodami. I jak tu nie lubić Green Nero Coffee?

A skąd nazwa kina? Właściciel dobrze stargetował produkt: odbiorcami będą głównie kobiety. Te delikatne, wrażliwe istoty nie zawsze zaznają wymarzonych uczyć (dobrze, dla ewentualnego czytelnika rodzaju męskiego – konkretnie miłości romantycznej) czy też dowodów tychże. Smucą się, tęsknią, wzdychają. Czasem aż głupio, bo nie ma taka gdzie. Jak to nie ma? Proszę, kino dla kobiet, melodramat za melodramatem, okazji do wyjmowania chusteczki aż nadto. A nawet jak na ekranie nie ma powodu, to tu nikt  nikomu nie przeszkadza płakać nad swym ciężkim losem niedocenionej kobiety. A teraz co nam zostało? Nic, tylko katar sienny i zapalenie spojówek udawać. Zaraz, jeszcze można wyjść z koleżanką do kawiarni i jej się wypłakać, jak femina feminie.

Maria, Marysia, Marysieńka

Maria Kazimiera po mężu Sobieska. Czy ktoś o niej zrobił film? Nie wiem. Nie wiem, bo film to nie moja specjalność, ale myślę, że świetny serialik by powstał na osnowie jej biografii. Albo nie, nie żadne tam based on, ale porządny dokument fabularyzowany. Z aktorką, która potrafi grać. Królowej to się naprawdę należy, a materiału by się znalazło wystarczająco, nawet tego na klasyfikację „po dwudziestej pierwszej”.

Ileż to by było łez, przemyśleń nad rodziną, stosunkami przyjacielskimi i biznesowymi, o polityce już nie wspominając. Emocje przepływały by przez oglądającą publiczność jak morska fala zalewająca plażę. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem, radość, smutek, pociecha, rozgoryczenie, w górę i w dół i obertas na dokładkę.

Gdybym ja była scenarzystą, to zaczęłabym od przyjazdu małej Marysi do Polski. Mała, cztery lata a już w orszaku królowej. „Zgroza! Jak tak można dzieciaczka wysłać?” krzyczy oburzona publika. Jak widać, można, żadne tam fiku-miku cały dzień w piaskownicy, noblesse oblige.  Nic, pewnym czasie Marysia wraca do Francji by się uczyć i potem kamera pokazuje, jak piękna, młoda dziewczyna przyjeżdża ponownie na dwór królowej Polski. Ach, ileż w niej wdzięku… Jan Morsztyn napisał, że śliczna, wdzięku pełna, a jak tańczy… No ta to zrobi karierę, znaczy, ona to dopiero będzie miała bogatego męża. Dobrze, teraz nie rozwodzimy się nad jej urodą, oszczędzamy łzy i emocje, bo oto, wielkimi krokami, nadchodzi pierwsze małżeństwo z pijakiem, utracjuszem, właścicielem malutkiego haremu oraz choroby zwanej syfilisem, Janem Zamoyskim. Słabo to wygląda, bardzo nawet byśmy powiedzieli. Do tego zagrożone ciąże, poronienia, rozpad małżeństwa. Biedna dziewczyna. Chusteczki ekologiczne w użyciu, proszę publiczności.

Ale jak po burzy nadchodzi cisza, tak po pewnym czasie nadchodzi rozwiązanie problemu, czyli Jan nr 1 umiera. Dobrze, że Maria miała już wcześniej wsparcie w Janie nr 2, ale proszę tu nie świntuszyć, absolutnie. Kto serial obejrzy ten będzie wiedział, co i jak było, w każdym razie, po awanturach z Zamoyskimi nadchodzi małżeństwo z Janem III ( wyżej występującym pod imieniem Jan nr 2). Tych spraw miłosnych nie ma co chwilowo rozwijać, w każdym razie, jeśli ktoś czytał wszystkie lektury szkolne, to wie, czemu trzeba by ten serial rozpoczynać o godz. 21. Kiedyś dzieci szły spać o 20… No, wracamy do scenariusza. Teraz spełnienie w miłości, rodzinie, zaszczyty, ale i problemy. Walka polityczna to walka. Trzeba z tego zdawać sobie sprawę, wybrać odpowiednią broń i walczyć. Tu szczerze jej współczujemy słysząc czytane na ekranie pamflety, pełne pomówień, oszczerstw i złośliwości. Oraz prawdy, że się starzeje. Smutne, prawdziwe, ale cholernie nieeleganckie. Sami lustra nie mają? Po taką broń sięgnęli!

Choćbyśmy nie wiem jak bohaterkę lubili, to jednak serial zbliża się ku końcowi. Jan III umiera, Maria decyduje się wyjazd za granicę i tam prowadzi WSPANIAŁY TEATR OPEROWY. Cały Rzym przyznawał, że najlepszy w Mieście. I kurcze blade, coś tu się nam słodko i nudno robi. Ach, nagle pojawia się odwieczny problem: skąd wziąć na to wszystko pieniądze? Znamy ten problem, znamy, choć może nie w tej skali, ale bardzo współczujemy Marii. Nic prócz współczucia więcej jej ofiarować nie możemy. Choćbyśmy sobie głowy łamali, nie ma pieniędzy i tyle.  Nie da rady, wyjeżdżamy z nią do Francji i jesteśmy przy jej śmierci. Jak? To można? Widowisko sobie zrobiono czy też cichcem wsunęliśmy się za kamerzystą do sypialni?

Otóż siedzimy sobie w pokoju z królową, grzecznie, jak na jej dworzan przystało, rozmawiamy, plotkujemy i nagle ktoś mówi „o, królowa usnęła”. Wszyscy ściszamy głos, ale siedzimy i robimy swoje dalej. A bo to raz przysnęło się komuś w fotelu? Medyk, coś lekko nerwowy podchodzi do fotela i odkrywa, że królowa nie żyje. Szybko, szybko, przenosimy Marię na łóżko i w ciszy czekamy z nadzieją, czy aby nie odetchnie. Nie, nie oddycha. Kapelan rozpoczyna modlitwy. Koniec

Jak mole zwyczajnie królewski płaszcz zżarły

Dawno, dawno temu, a dokładnie mówiąc 250 lat temu, koronowanego Króla przykrył ceremonialny płaszcz. Był piękny. (Płaszcz, choć i Królowi nic nie brakowało.) Wszyscy z zachwytem spoglądali w jego stronę, podziwiali fason, kolor i blask bijący od orłów. Ach, ten aksamit, tak miękki, mięsisty, każdy chciał choćby tylko go dotknąć. A orły? Czy ktoś widział wspanialsze? Nie żałowano na nie srebrnych i złotych nici, świeciły więc w przestworzach czerwieni jak gwiazdy na gorejącym niebie.

By od tego widoku nie spłonęła zgromadzona publiczność na straży ewentualnego pożaru stanęło białe futro gronostajów. Tak, nawet najpiękniejsza dama w najpiękniejszej sukni czuła, że nie ma najmniejszych szans by dziś zaćmić królewską chwałę.

Król bardzo lubił swój płaszcz, ale jak to czasem w życiu bywa, nie bardzo miał okazje, żeby go nakładać. Nie wypadało mu też kazać wyciągać go z szuflady i przynosić na pokoje, aby choć przez chwilę nacieszyć nim oko. Piękny królewski płaszcz leżał w szufladzie. Aż kiedyś, przygotowując się do uroczystości rocznicy Konstytucji 3 Maja Król zakrzyknął: „Wiem, nałożę mój piękny koronacyjny płaszcz!”. Służący od razu pobiegli do odpowiedniej szafy, otworzyli odpowiednią szufladę i…fiuuuu, wyleciała z niej rozzłoszczona chmura moli. Siedziały sobie przecież od pokoleń w tej szufladzie, jadły spokojnie i metodycznie pierwszorzędny aksamit, a tu nagle ktoś otwiera i wpuszcza świeże powietrze! Zgroza. Tłukąc w amoku skrzydłami, których zastosowanie i znaczenie dopiero teraz odkryły, rozproszyły się po pokoju. Służący powoli zajrzeli do szuflady i poczuli, że oto stanęli przed najtrudniejszym zadaniem w ich życiu – musieli powiedzieć Królowi, że płaszcza nie ma. Odfrunął. Co dziwniejsze, orły, zwierzęta latające nie odleciały. No, ale to orły metalowe, nie żywe, co je z resztą uratowało. Mole metalu nie jedzą. Próbowały, ugryzły tu i tam, ale nie dały rady.

Dobrze, że Król chciał się do obchodów zawczasu przygotować. Uszyto nowy płaszcz, naszyto na niego orły i nowy płaszcz wspaniale rozbłysł. Jednak Królowi założenie płaszcza odradzono. Cóż, płaszcz czekał na lepsze czasy. Te jednak nie nadchodziły. Nadeszły za to gorsze, znacznie gorsze. Król musiał opuścić Polskę, zrzec się korony i władzy. Na wygnaniu towarzyszył mu ulubiony płaszcz. Był pamiątką, wspomnieniem, relikwią. Przypadła mu też w udziale niespodziewana rola – stał się kapą przykrywającą trumnę Króla.

Na tym jednak nie zakończył swej historii. Po uroczystościach pogrzebowych wrócił do Polski i był własnością ukochanego bratanka Króla, księcia Józefa Poniatowskiego. Wiedział, że nie nałoży go żaden król, ale nie wiedział, że raz jeszcze stanie się kapą trumienną. A stało się tak, gdy zmarł jego nowy właściciel. Siostra księcia Józefa, Maria Teresa, zapragnęła, by pogrzeb brata był uroczystością godną najwspanialszego bohatera. Cóż może być wspanialszego niż piękny królewski płaszcz? Kazała więc, by przykrył on trumnę leżącą w kościele św. Krzyża i potem wyruszył z Warszawy do Krakowa, gdzie pozostaje na Wawelu po dziś dzień.

Czemu Maria Teresa na nasze szczęście nie wzięła płaszcza z powrotem? Może bała się moli?

Na pewno nie bał się moli mistrz Jan Matejko, który cieszył się takim szacunkiem, że księża z katedry wawelskiej z chęcią pożyczyli mu do pracowni piękny królewski płaszcz. Po co mu był potrzebny? Do namalowania wchodzącego do kościoła Króla na obrazie zwanym „Konstytucja 3 Maja”.

Uczestnicy dramatu:

piękny królewski płaszcz – płaszcz koronacyjny

nowy płaszcz – zmartwychwstały po zżarciu przez mole królewski płaszcz

Król – Stanisław August

Dama w pięknej sukni – tajemnicza arystokratka zaproszona na koronację

służący – bohater zbiorowy

mole – jeszcze bardziej zbiorowy, ale raczej antybohater

Józef Poniatowski – bratanek Króla, generał, bohater narodowy

Maria Teresa – starsza o 3 lata siostra Józefa, właścicielka sztucznego oka

Jan Matejko – małej postury malarz co namalował wielki Grunwald

Mistrz blacharski

Poniedziałek. Większość z nas po dwóch dniach przerwy idzie do pracy myśląc sobie po drodze: a może by tak coś swojego? Czemu nie! Byle tylko znaleźć swoje miejsce i pracować. Może się nawet się okazać, że nasz pomysł na życie przejmą dzieci i w ten sposób powstanie rodzinny warsztat, sklep czy ogólnie pojęta tradycja. Tak jak jest w rodzinie Swobodów. 

Ich rodzinną tradycją jest prowadzenie warsztatu blacharsko-ślusarskiego. Powstał on w 1934 r. i mieścił się wtedy na Nowiniarskiej. W czasie wojny pan Wawrzyniec współpracował z Komendą Główną AK i na jej zamówienie wykonał około 200 obudów do radioodbiorników krótkofalowych. Przy pomocy tych odbiorników nasłuchiwano wiadomości z Londynu. Zachowane egzemplarze można obejrzeć w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Po wojnie zakład przeniósł się na Tamkę i tam trwa dalej, prowadzony przez trzecie już pokolenie.
Jeśli ktoś potrzebuje coś ze stali nierdzewnej, nawet łączonej ze szkłem, to podaję adres: Tamka 13, Warszawa. Nie czerpię z tego korzyści majątkowych, ale Państwo byli tak mili, że pozwolili zrobić mi zdjęcia i co najważniejsze widać było, że żyją rodzinną tradycją, historią, pracą, że było by grzechem na koniec o tym nie wspomnieć.
I ten kantorek, prawdziwy, żywy kantorek, obwieszony dyplomami cechowymi…

Urodziny Króla

Sto lat dla jego Królewskiej Mości. Można by dziś składać królowi najlepsze życzenia, wręczać piękne laurki i śpiewać „sto lat”, gdyby nie to, że od ponad dwustu lat już nie żyje. Kłopot. Choć może to i lepiej? Bo jakby się ktoś rozpędził i zaśpiewał mu „gwiazdkę pomyślności”, to mógłby się król kapkę zdenerwować usłyszawszy wzmiankę o piciu, bo był abstynentem. A po co go denerwować, na przykrości i ból brzucha narażać? Stanisław August to człowiek delikatny, wrażliwy, głosu niepodnoszący wobec czego jego delikatny żołądek co rusz szwankował. Nerwy. Stres i nerwy go zżerały. To szczególnie w dzień urodzin nie należy króla denerwować. Nie wypada.

Z laurką też prosto nie było. W dzień koronacji król, wytrawny erudyta, dostał od nieznanego wierszoklety wierszyk, o pardon, wiersz, wypisany na atłasie. I gdy przeczytał to cudo nerwy mu puściły. A może to wena z rozkazu samego Apollina spłynęła na niego? Grunt, że nie wytrzymał i dał upust temu, co sobie pomyślał. I to całkiem ładny kawałek mu wyszedł, mój ulubiony: „Szkoda czasu i atłasu, byś się wdzierał do Parnasu”. Mimo wszystko król docenił wysiłek i atłas jak mówią kronikarze „wdzięcznie przyjął”. Tak, dobrze go mama wychowała.
Skarżył się co prawda czasem, że dzieciństwa przez nią nie miał, bo go od małego do królowania przygotowywała, ale cóż mogła zrobić? Z przeznaczeniem się nie dyskutuje, a to podobno to ono już w dzień urodzin taki los mu wyznaczyło.

Tu byśmy sobie mogli zjeść tort i kawę czy herbatę wypić. W Pokoju Żółtym.

Budowlani

Niedawno jechałam ulicą Mokotowską i moją uwagę przykuły dwie rzeźby ustawione na balkonie. Nie są zbyt piękne, ale łaskawe słońce przydało im urody i zalotności. Wobec tego wróciłam do nich. Balkon, na którym stoją jest częścią budynku przy ul. Mokotowskiej 4/6.

Dziś jest to siedziba Związków Zawodowych „Budowlani”, ale pierwotnie w tym miejscu mieściła się Średnia Szkoła Mechaniczno-Techniczna M. Mittego ufundowana przez Hipolita Wawelberga i Stanisława Rotwanda. Pan Hipolit był niezwykłą osobistością. Pisząc o nim trzeba co najmniej napisać: biznesmen, filantrop, marzyciel. Uczestnik powstania styczniowego i świetnie wykształcony człowiek. Pan Stanisław był zaś świetnym prawnikiem, filantropem i kolekcjonerem sztuki. Zakładając szkołę Panowie razem wydali 22 mln zł (wg naszej waluty). Nieźle!

Nie było łatwo tę szkołę ukończyć, oj nie. Nauczyciele potrafili połowę rocznika usadzić. Przez chwilę uczył się tam Stefan Rowecki „Grot” oraz Tadeusz Zawadzki „Zośka”. W 1918 r. większość słuchaczy, a była to szkoła męska, poszła na front, więc zajęcia zawieszono. To samo powtórzyło się w 1920 r., a wcześniej, w 1906 r. szkoła przyjęła język polski za wykładowy przez co straciła status szkoły rządowej. Ale co tam. Za te patriotyczne tradycje, za to że była siedliskiem czarnej reakcji w 1951 r. została wcielona do Politechniki Warszawskiej. Aha! Od 1946 r. już przyjmowano dziewczęta i pewnie wtedy można było tu spotkać takich przystojnych kawalerów.

Gabinet chiński w Wilanowie

Fragment panelu z Gabinetu Chińskiego w Wilanowie wykonany przez Martina Schnella. Cały Gabinet jest w różowo-czerwono-pomarańczowej kolorystyce.

Jak na nasz współczesny gust to kolory gryzą się, ale nasz gust nie jest najważniejszy. Ważne, że na początku 18 w. to był szczyt mody i bajeru. No i ten blask! Te kawałeczki złota, odbijające promienie porannego, południowego i zachodzącego słońca. Król w złocie, złoto na królu, złoto, złoto, złoto. Szukasz najjaśniejszego pana, proszę bardzo, oto August II we własnej osobistej osobie. Ciekawe, czy ktoś ujrzawszy go powiedział: królu złoty? Każdy król by się ucieszył.

Jeśli ktoś chce podążyć w jego ślady, to jako ciotka Dobra Rada uprzejmie informuję: w wersji tańszej dodawano np. drobiny szkła. Oni mogli, to i my możemy.

Barbórka

Dziś jest św. Barbary, czyli zawodowe święto górników. Wczoraj górnicy byli gośćmi w Pałacu Prezydenckim, dziś świętują u siebie w domu. Gdy górnicy w stroju galowym idą ulicą lub stoją w grupie wyglądają bardzo malowniczo. Kto jest kim w kopalni poznać można po kolorze pióropusza:

czarny – górnik pracujący pod ziemią
biały – obsługa naziemna
czerwony – orkiestra
zielony – dyrekcja