Wilczej kawałeczek

No, to proszę wycieczki dziś walcujemy ulicą Wilczą. Cóż za piękna i ciekawa ulica!

Malowniczy squat pod 30-tką, po drugiej stronie lekko w lewo policja, a na przeciw narodowcy, obok zaś nich kościół polskokatolicki. Na dokładkę lub na główne parę restauracji, w tym jemeńska. Dobrze, że wiem gdzie to jest na mapie. Nawet kojarzę nepalską czy tybetańską, ale w innym miejscu śródmieścia. Ktoś chce mnie zaprosić?

Na Mariensztacie

W cokolwiek słabym nastroju przemierzałam dziś w południe Powiśle. Pogoda do towarzystwa też była słaba. Szłyśmy więc dwie nieszczególne i nie mogłyśmy się przełamać, aż tu nagle zobaczyłyśmy balkon.

Na pierwszy rzut oka biedny, zapuszczony, ale na drugi piękny, tajemniczy i pełen życia. Pod lepszym już humorkiem uznałyśmy z pogodą, że bezsprzecznie da się w nim dojrzeć dyskretny wdzięk z przeszłości. Tylko trzeba spojrzeć. Okna mogłyby wiele opowiedzieć, bo widziały niejedną historię dziejącą się z tej czy z drugiej strony.
Choć całość może sprawia przygnębiające wrażenie, to jednak jest coś, co mówi, że życie tu trwa i spokojnie toczy się dalej. To mech, który małymi zielonymi plamkami porasta sobie balkon. Niczym się nie przejmuje, tylko sobie rośnie. Sąsiednie okna też mają swoje bardzo ważne sprawy. Wiszą w nich firanki, zasłonki, rosną kwiaty w doniczkach. Łączący wszystkich tynk od czasu do czasu spada radośnie ze ściany dając pracę murarzowi. Ten uzupełnia co może, nie dotykając farby, dzięki czemu mamy żywy obraz stworzony w skali szarości.

Lampy

Ferie zimowe, słońce wiosenne – taki to luty w tym roku. Ale nie mamy co narzekać na brak zimy, bo i tak trochę jej było. Swoją drogą zabawniej mają na olimpiadzie: śnieg im się topi, narciarze jeżdżą w krótkim rękawku a kamerzyści bezczelnie opalają się czekając na akcję. Przynajmniej ci ostatni mają całkiem przyjemnie.  Ale u nas też jest fajnie.

Np. ja wczoraj na Krakowskim Przedmieściu łapałam światło słoneczne malujące kamienice na nowo. Trochę go złapałam, trochę wypuściłam. Wędrując tak jego śladem odkryłam las, las latarniany. Rośnie on sobie zgrabnym paseczkiem tuż niedaleko krawężnika. Może tak naprawdę nie spełnia wymagań gatunkowych potrzebnych by zostać uznanym za las, ale kto by się tym na jego miejscu przejmował? Raczej nikt. W dodatku, należy mu się szacunek, bo choć jego lampy są nowe, to rośnie tu sobie od końca 1856 r. Już od pierwszego dnia, czy raczej wieczoru, wzbudzał powszechny zachwyt i podziw. Był atrakcją na miarę współczesnej bożonarodzeniowej iluminacji Warszawy. I nawet był nią, bo gaz rozświetlił latarnie 27 grudnia, znaczy na okres Bożonarodzeniowy się załapał. Święta odbyły się więc w spokoju, a tuż po nich warszawianie dali się ponieść emocjom nowoczesności i luksusu. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech przeczyta sobie cytat z Kuriera Warszawskiego: „Prześliczne, czyste i srebrzyste światło rozlewało tak mocny blask na około, że ponad ulicami, którymi przebiegały zapalone promienie gazu, najwyraźniejsza biła łuna, jakby od jakiego pożaru”. Co te 92 latarnie zdziałały, prawda? I to nie wszystkie wyrosły na Krakowskim, ale i na Ludnej, Książęcej, Nowym Świecie i pl. Zamkowym. 
Dla nas, przyzwyczajonych do prądu, lamp, lampeczek, plafonów i innych żyrandoli te „srebrzyste światło” to śmiech. Dla tych, co tu mieszkali przed nami i przeżyli inaugurację oświetlenia ulic nie. Jeśli ktoś chce zobaczyć podobne światło, niech uda się na ul. Agrykolę. Będzie ono złociste nie srebrzyste, ale to chyba nie stanowi sprawy?